"Lakier do paznokci" napisałam dla siebie." – wywiad z Peggy Brown

Obrazek artykułu
Wywiad z Peggy Brown, niebojącą się pracy i życiowych wyzwań oraz kochającą podróże autorką, która debiutancki zbiór opowiadań „Lakier do paznokci "napisała dla siebie z okazji minionych 40 urodzin.

Rola kobiety pełna jest skrajnych doświadczeń. Patriarchalne systemy nie ułatwiają niczego. To dlatego, panie tak często cierpią w ciszy lub zacięcie walczą o swoje prawa.


Peggy Brown to doświadczona życiowo autorka, która „Lakier do paznokci" napisała dla siebie z okazji minionych 40 urodzin. Trzeba podkreślić, że ten wyjątkowy zbiór opowiadań docenią wszystkie przedstawicielki płci pięknej. W wywiadzie pisarka zdradziła wiele szczegółów dotyczących własnej osoby. Dowiemy się między innymi, dlaczego ta troskliwa matka i miłośniczka podróży chcę, żeby Nazywano ją Peggy Brown.


Pani Peggy czytelnicy dopiero zaczynają Panią poznawać, dlatego warto poprosić, by pokrótce przedstawiła Pani swoją osobę. Zdradziła, co porabia prywatnie i zawodowo?


Dobry wieczór. Dzień dobry Pani Agato na początku bardzo serdecznie dziękuję za wiadomość i tak ciekawie skonstruowane pytania. Na większość z nich, odpowiem moimi słowami, które mam zanotowane właśnie na kartkach schowanych głęboko w swoich kufrach.

Pani Peggy … jak słodko to brzmi.


No dobrze. „P.” jak Peggy. To przede wszystkim P jak podróże. Od zawsze i na zawsze. Są moim akumulatorem. Ciekawość świata i poznawanie tego, co nieznajome jest zakorzenione we mnie od najmłodszych lat.


Prywatnie: Jestem mamą dwójki nastolatków, które są dla mnie motywacją do działania. Kocham moje dzieci, ale nie miłością toksyczną i zaborczą tylko miłością wolną. Nigdy nie zapominam o tym, że są równymi partnerami w dyskusji. Odbywam z Nimi podróż, w której towarzyszę moim dzieciom odkrywać ich wolność, godność i wartość. Wiele się od moich dzieci uczę. Każdego dnia. To ode mnie zależy, aby w naszym domu czuły się potrzebne, bezpieczne i szczęśliwe. Wychowuję moje dzieci w taki sposób, aby to one podejmowały decyzje w kwestiach dotyczących bezpośrednio ich, aby to one dokonywały wyborów.


Nie jestem typem kury domowej, nie jestem idealną matką i idealną gospodynią domową. Daleko mi to perfekcyjnej pani domu i nie mam aspiracji, aby pretendować do takiego tytułu. Gdyby przeprowadzono u nas test białej rękawiczki to na bank poległabym. Staram się robić wszystko na bieżąco, aby nie nawarstwiały mi się zaległości, ale nie jest to proste. I zdarzają się dni, kiedy w zlewie stoi sterta brudnych garów i talerzy.


Uwielbiam za to prasować – to jedyne zadanie domowe, przy którym się w pełni relaksuję. Prasuję wszystko, co nadaje się do prasowania łącznie ze skarpetkami, majtkami. Ręczników w to nie wliczam, bo ta część ,,prasowalników’’ jest w standardzie. Kocham kwiaty, i otaczam moje dzieci i siebie roślinami dookoła. Moim hobby jest uprawianie ogródka, ale niestety od trzech lat nie mam już takiej możliwości, za czym bardzo tęsknię i tego mi naprawdę brakuje. W naszym mieszkaniu stworzyłam namiastkę dżungli, no bo ,, jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma’’. Cały czas wsadzam, rozsadzam, przesadzam, a potem tymi moimi kwiatami obdarowuję znajomych. Moja przyjaciółka już wyraźnie powiedziała, że nie chce ani jednego kwiatka więcej, bo nie ma ich gdzie ustawiać. Muszę znaleźć nową przyjaciółkę (śmiech).


Małżeństw i związków partnerskich nie opisuję (tajemnicę zabiorę ze sobą do grobu).


Nie mam swojego biura, w którym piszę teksty, większość z nich powstaje w nocy, gdy siedzę przy kuchennym stole albo bardzo wcześnie rano mogę skorzystać z biurka mojego syna, które jest duże i wygodne. Zresztą w pokoju mojego syna pisze mi się najlepiej, bo w tym pomieszczeniu wcześnie rano mamy najlepsze światło. Czytam i pisze bez okularów. Jeśli pisze ręcznie, zawsze używam zwykłych, prostych długopisów typu BIC. I chociaż moim ulubionym kolorem jest czarny, to lubię pisać długopisem z niebieskim wkładem. Zawsze gdy pisze mam przy sobie ogromny kubek kawy. Pije w zasadzie tylko kawę, moi bliscy i dobrzy znajomi zawsze śmieją się, że w moich żyłach płynie czarna kawa. Nie słodzę, nie dolewam mleka, pije ,,sypanichę’’ po której słabym jednostkom stanęłoby serce. Mam tak od dwudziestu lat. Nie kończy się na jednym kubku.


Zawodowo – na tę część pytania odpowiem przeplatając moją wypowiedź wątkami biograficznymi

Z wykształcenia (podobno bardzo solidnego, bo trochę się tego uzbierało) jestem pedagogiem, polonistą, pracownikiem socjalnym i teologiem. Nigdy jednak nie mierzyłam wartości człowieka dyplomami ukończonych studiów, papierkami uczelni. Mam za sobą semestr studiów doktoranckich, na których bardzo szybko przekonałam się, że to nie moje klimaty, i że po prostu nie nadaję się do tego, a może zwyczajnie jestem zbyt głupia, aby polemizować z uczonymi głowami.

Kocham działać… być aktywną.


Jeszcze na studiach podjęłam pracę jako terapeuta zajęciowy w ośrodku dla osób chorych na schizofrenię. Uwielbiałam tę pracę. Byłam wtedy młodą dziewczyną wchodzącą w dorosłe życie. Byłam też nieprzytomnie zakochana. I zamierzałam swoją przyszłość związać z Warszawą. Ale …życie niesie niespodzianki … wyjechałam do Anglii… tylko na 6 miesięcy po to, aby nauczyć się języka. Z 6 miesięcy zrobiło się 16 lat. I proszę mi wierzyć, że zawodowo tutaj przeszłam wszystkie możliwe etapy: od pracy na zmywaku, sprzątaczki sklepu meblowego, sprzątaczki wielkich powierzchni biurowych, kina, budynków szkolnych domów prywatnych, housekeeper lady, opiekunki osób starszych, opiekunki osób niepełnosprawnych, opiekunki dziecięcej, terapeuty zajęciowego, asystenta nauczyciela w szkole podstawowej, animatorki, organizatora przyjęć i zabaw, konferansjera, ogrodnika, florystki do korepetytora, nauczyciela. Paradoksem jest to, że mimo ukończonej polonistyki będąc w Polsce, nigdy nie chciałam pracować jako nauczyciel. A będąc tutaj na emigracji, przekonałam się, że do tej pracy nadaję się świetnie. Od kilku lat jestem nauczycielem najstarszych klas w polskiej szkole, gdzie odpowiadam za przygotowanie młodzieży do egzaminów tzw. małej matury i matury. Gdy zaczęłam studia doktoranckie przedmiotem moich badań była moda, przemiany, które w niej następują i wszystko, co jest z nią związane, dlatego podjęłam pracę w sklepie z ubraniami.


Nigdy nie będę dyrektorem banku, managerem, prezesem. Nie liczą się dla mnie stanowiska i tytuły. Moje zainteresowania są moją pasją. Czas pandemii otworzył mi oczy na sprawy, które do tej pory odkładałam na później.


Dość oczywiste wydaje się także kolejne pytanie. Czy Peggy Brown to Pani prawdziwe dane, czy pseudonim artystyczny?


To pseudonim, którym posługuję się z własnej i nieprzymuszonej woli. Parę lat temu wzbogaciłam się o nowe doświadczenia, które były bolesne, brutalne wręcz. „Czas goi rany’’- to mądre i sprawdzone przysłowie. Dzisiaj jestem gotowa na to, aby używać tego pseudonimu. To był strzał w dziesiątkę. Dlatego mówcie mi Peggy Brown.


Z krótkiej notki biograficznej wiemy, że już kilkanaście lat mieszka Pani i pracuje w Anglii. Dlaczego zdecydowała się Pani na emigrację i czy kiedyś planuję wrócić do Polski?


Z powodów czysto ludzkich…na pewno nie z powodów politycznych (śmiech). To był rok 2005 i droga do Europy była otwarta. Wykorzystałam tę możliwość. To miał być wyjazd tylko na 6 miesięcy właśnie w celu nauki języka, to po pierwsze. Po drugie z pobudek finansowych – chciałam kupić sobie mieszkanie, własne. Tak, jak wspomniałam, wiązałam swoje plany zawodowe i prywatne z Warszawą. Po trzecie z chęci zwiedzania.


Co ciekawe, przyjeżdżając do Londynu 16 lat temu, umiałam powiedzieć tylko: „Hello’’, ,,Good morning” i ,,I’m looking for a job’’. To był wyjazd w ciemno, bez pracy, bez mieszkania, bez znajomości języka i bez jakichkolwiek kontaktów. Jedyne co miałam to 400£ w kieszeni. To była najlepsza szkoła życia. Nie żałuję tego. Chociaż początki były dramatyczne. Ale…trudne przeżycia mnie hartują i popychają do zmian. Opisałam to, czego doświadczyłam w swoich brulionach. Kto wie, może kiedyś opublikuję je.


Czy planuję wrócić do Polski? Tak, planuję. Nie mogę jednak określić, kiedy to nastąpi. Póki co, przylatuje do kraju tak często jak mogę. Będę w Polsce w sierpniu, bo wybieram się na tygodniowy urlop.


Zdradziła Pani także, że od najmłodszych lat pisywała najróżniejsze teksty. Na debiut zdecydowała się Pani jednak dopiero jako 40-latka. Dlaczego tak późno?


To prawda, pisałam od zawsze. Na wszystkim, na czym się dało. Na kartkach starych kalendarzy, biletach, luźnych kartkach; pamiętnikach, które sama tworzyłam. W podstawówce pisałam wypracowania moim kolegom. Z racji tego, że mam piękny charakter pisma pisywałam i wypisywałam też różne rzeczy – nie wiem, czy dzisiaj po latach mogę się do tego przyznać? Ale dzięki moim zdolnościom kaligraficznym łatwo domyślić się cóż to za dzieła powstawały.


Pisałam dużo od siebie i dla siebie. Mogę powiedzieć, że pisanie ocaliło mnie. Uratowało mi duszę i głowę. Może przy tym pozostanę. Może kiedyś opowiem o tym bardziej szczegółowo.

Kiedy na świecie pojawiły się moje dzieci, zaczęłam opowiadać im bajki. I któregoś dnia zwyczajnie postanowiłam je spisywać. Moje dzieciaki uwielbiały wymyślone przeze mnie historie. Mam kilka zeszytów zapisanych naszymi prywatnymi bajdurzeniami.


Dlaczego tak późno zdecydowałam się na debiut? Z braku czasu. Życie samotnej matki kryje różne nieprzewidziane okoliczności. Istnieją takie plany, które krążą człowiekowi po głowie, ale z różnych przyczyn ich nie realizujemy.


Debiut to odważny krok, jak przeżyła go Pani emocjonalnie? Czy czuje Pani, że spełnia marzenia? Proszę także wspomnieć, w jaki sposób odebrali to Pani najbliżsi?


Emocjonalnie byłam na ten krok gotowa. „Lakier do paznokci’’ napisałam dla siebie. Nie spodziewam się sławy, uznania, zaszczytów. Chciałam sprawić prezent dla siebie samej z okazji moich minionych 40 urodzin. Czyli to jest spełnienie marzeń.


Pierwszą czytelniczką była moja córka. I tutaj śmieszna anegdota. Po przeczytaniu „Lakieru do paznokci” zadałam mojej nastolatce pytanie: I jak to widzisz? Na co moja córka odpowiedziała bardzo krótko i treściwie: „Może być”. Uznałam, że to jest bardzo dobra recenzja i tego samego wieczoru wysłałam wiadomość do wydawnictwa. Moja córka jako młoda kobietka inaczej odbiera takie treści, niż np. moja przyjaciółka, która czytając te opowiadania żyła nimi, komentowała, utożsamiała się z bohaterkami. Była też pierwszym krytykiem. Ona też jest i była od zawsze osobą, która mówiła mi, że powinnam opublikować swoje zapiski. Mój syn widział mnie stukającą w klawiaturę od małego, widział mamę piszącą na kartkach, dla niego taki obrazek jest normalnością, ale np. bardzo podoba mi się jego reakcja, gdy oznajmiłam mu – Wiesz, synku mama wydaje książkę. Będzie ją można kupić w księgarni… Na co mój mały mężczyzna odpowiada - „Tak”, to ciekawe, ale przecież jesteśmy normalnymi ludźmi. To ty tak Mamuś możesz?


Właśnie dlatego, że podchodzimy do wszystkiego normalnie, nie traktuję debiutu jak coś, co wywoła wstrząs.


Moja mama książkę przeczyta dopiero po premierze – tak ustaliłyśmy. Zresztą powiedziałam Jej o tym dopiero miesiąc temu, gdy prace nad książką były ukończone. Mój brat podszedł do tego bardzo spokojnie, aczkolwiek uczciwie - „Wiesz siostra nie moja tematyka”. (No tak on jest zainteresowany sprawami technicznymi, więc sam tytuł może wydawać mu się śmieszny).


Oczywiście nie da się zapomnieć, że korona-wirus zmienił świat. A w jaki sposób szerząca się zaraza, wpłynęła na pani życie? Obudziła lęk, zmotywowała do stosowania wielu środków zaradczych, a może skłoniła do zastanowienia się nad kwestią wartości życia?


Pandemia zmotywowała mnie do stosowania wielu środków zaradczych. Nie walczyłam z tym, co się wydarzyło. Mam taki charakter, że działam zawsze i od zawsze. Nie znoszę lamentowania, zamartwiania się a przede wszystkim „nic nierobienia”. Zaakceptowałam sytuację, wykorzystując „podarowany mi czas” na załatwienie spraw, na które nie miałam dotąd czasu. Podarowane mi ”wolne’’ wykorzystałam owocnie. Podczas pierwszego lockdown kupiłam sobie maszynę do szycia, której instrukcję obsługi rozszyfrowała błyskawicznie moja córka, która w kwestiach technicznych jest absolutną mistrzynią. I metodą prób i błędów rozpoczęłam naukę szycia, a że posiadam dość mocne kreatywne zdolności, nastąpiło masowe szycie maseczek, rękawic kuchennych, uszyłam sobie kapitalną kurtkę. Lubię robić „coś z niczego”, wykorzystuję to, co mam w domu, jestem oszczędna z natury.


W międzyczasie nasadziłam dziesiątki kwiatów z zaszczepek. Hodowla rozrosła się do takich rozmiarów, że pod koniec czerwca 2020 r. mieliśmy w naszym mieszkaniu dżunglę. Oczywiście pisałam swoje teksty, ale wtedy jeszcze nie myślałam o ich wydaniu. Potem przyszły wakacje, okazało się, że możemy wylecieć do Polski.

Drugi Lockdown w Anglii był krótki, bo trwał dwa tygodnie, podczas tego zamknięcia zajmowałam się sprawami domowymi. Natomiast ostatni trzeci był momentem przełomowym. Początek roku 2021 był czasem dramatycznym, który skłonił mnie do zastanowienia się nad wartością życia.


Już w czasie świąt Bożego Narodzenia zachorowało wielu znajomych. Pierwszego dnia Nowego Roku zmarł mój kolega, który tutaj na emigracji spędził kilkanaście lat. Na drugi dzień odnotowałam objawy wirusa u mojej córki, potem u syna. Aż 3 stycznia wyłączona z życia zostałam ja sama. Po dziewięciu dniach w łóżku tak jak wstałam, usiadłam do komputera i zaczęłam pisać „Lakier do paznokci”. Dziewięć dni i dziewięć nocy spędzonych w łóżku obudziło we mnie to, co robię teraz codziennie. Piszę, porządkuję swoje zapiski, notatki. Pozbyłam się również wielu rzeczy, które zagracały moją przestrzeń.


Na pewno szerząca się zaraza otworzyła mi oczy i umysł. Nie odkładam na później już tego, co chce zrobić. Działam jeszcze bardziej.


Druga część wywiadu z Peggy Brown - TUTAJ

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku

Partnerzy

Subiektywnie o książkach
Dwumiesięcznik SOFA
Wydawnictwo Psychoskok
Wydawnictwo MG
Kuźnia Literacka
Zażyj Kultury
Fundacja  Polonia Union
Kulturalne rozmowy - Sylwia Cegieła
Sklep internetowy TylkoRelaks.pl
CoCzytamy.pl