„Wszystko co lśni” Eleanor Catton

Obrazek artykułu
W zeszłemu roku książka „Wszystko co lśni” Eleanor Catton została nagrodzona Bookerem. Teraz wszyscy zainteresowani mogą sięgnąć po lekturę, a także jeszcze przed zakupem zerknąć na kilka z prawie tysiąca stron.

Wielowarstwowa powieść „Wszystko co lśni” Eleanor Catton zyskała mianonowozelandzkiego Twin Peaks”. Akcja przenosi nas w lata 60 XIX wieku do Nowej Zelandii. Na wyspie właśnie wybuchła gorączka złota, która jak łatwo przewidzieć nie jednemu odebrała zdrowe zmysły. Marzenie o bogactwie, luksusie i przepychu jest zdradliwe, i w momencie potrafi zmieniać ludzi.


Walter Moody przybywający do miasta Hokitika, aby spróbować swych sił jako poszukiwacz złota, zaraz po zejściu na ląd może poczuć namiastkę panującego tutaj klimatu, i nie chodzi o pogodę lecz gęstą atmosferę stwarzaną przez podejrzanych osobników. Grupa dwunastu mężczyzn odbywa tajemnicze spotkanie w pobliskiej palarni jednego z hoteli aby dyskutować o serii niewyjaśnionych zdarzeń. Nikt nie potrafi przecież odpowiedzieć na pytania: jak i dlaczego zaginął młody bogacz, dlaczego na drodze do Hokitika znaleziono prostytutkę po próbie samobójczej, czy bogacz posiadający ogromną fortunę istotnie, przypadkowo zapił się na śmierć?


Rozgryzać tajemnice będziemy wraz z Walterem, dwunastu mężczyzn okaże się ze sobą dziwnie powiązanych, a złoto lśnić wielokrotnie tak bardzo, że oślepi zmysły sprawiając, że nie da się dojrzeć już nic poza nim.


Fragment z książki: 

WENUS W WODNIKU

Rozdział, w którym Sook Yongsheng zapomina o swoim szylingu, Lydia Wells wpada w histerię, a my dostajemy odpowiedź z zaświatów

Jak bardzo różniło się to zgromadzenie od tajnej narady, do której doszło przed trzema tygodniami w hotelu Korona! Brało w niej udział najpierw dwunastu, a po przyjeździe Moody’ego trzynastu mężczyzn, natomiast tutaj, we frontowym pokoju Fortuny Wędrowca, było ich jedenastu — i próbowali zawezwać dwunastego.

Zgodnie z poleceniem Josepha Pritcharda Charlie Frost nie spuszczał oka z Lydii Wells, gdy wprowadziła siedmiu posiadaczy biletów do salonu, w którym po obu stronach kominka siedzieli po turecku Ah Sook i Ah Quee. Ich twarze lśniły od szminki. Zasłony w oknach zostały zaciągnięte, a wszystkie lampy naftowe oprócz jednej zgaszone, w pokoju unosił się więc różowawy blask. Nad ową jedyną palącą się jeszcze lampą umieszczono na metalowym stojaku blaszane naczynie z olejkiem różanym, który łagodnie podgrzewany przez płomień wypełniał pokój przyjemnym zapachem kwiatów.

Pani Wells poprosiła gości, aby zajęli miejsca na krzesłach, które ustawiono w koło, podczas gdy inni uczestnicy przyjęcia opuszczali już Fortunę Wędrowca, rozchodząc się w mroku nocy. Panowała atmosfera pełna skrępowania i nerwowości. Jeden z biorących udział w seansie śmiał się piskliwie, a pozostali szczerzyli zęby w uśmiechu i trącali swoich towarzyszy pod żebra, lecz pani Wells nie zwracała na te wybryki najmniejszej uwagi. Zajęła się ustawianiem pięciu świec na talerzu w taki sposób, by utworzyły kształt gwiazdy, a potem kolejno je zapaliła. Gdy wszystkie już zapłonęły i fidybus został ugaszony, Lydia Wells w końcu usiadła, po czym głosem, który nagle stał się przyciszony i konspiracyjny, oświadczyła, że Anna Wetherell przez kilka ostatnich godzin przygotowywała się do bliskiej już komunii z umarłymi. Nie wolno się do niej odzywać, gdy wejdzie do salonu, ponieważ nawet najmniejszy niepokój mógłby wpłynąć na stan jej umysłu, a co za tym idzie, zakłócić kontakt wdowy z zaświatami. Czy obecni zgadzają się, aby nie zwracać uwagi na Annę, gdy wejdzie do salonu?

Wszyscy wyrazili zgodę.

Czy zgadzają się dopomóc wdowie w kontakcie z tamtym światem, zachowując stan czujności umysłowej podczas całego seansu? I czy zgadzają się zachować chłodny i otwarty umysł, rozluźnić mięśnie, oddychać głęboko i rytmicznie i skupić się całkowicie na seansie niczym mnich na modlitwie?

Goście zapewnili ją, że tak.

— Nie umiem wam powiedzieć, co wydarzy się dzisiaj w tym pokoju — ciągnęła wdowa, wciąż konspiracyjnym tonem. — Mogą poruszać się meble. Może kiedy zaniepokoimy duchy, poczujemy tchnienie wiatru. Wiatru z tamtego świata, jak zapewne nazwą to niektórzy. Być może umarli będą do nas przemawiać przez usta żywych albo ujawnią się za pośrednictwem znaków.

— Jakie znaki ma pani na myśli? — zapytał jeden z kopaczy. Lydia Wells zwróciła spokojne spojrzenie na pytającego.

— Czasami z nieznanych nam powodów umarli nie mogą nic mówić — powiedziała cicho. — Wtedy postanawiają porozumiewać się z nami w inny sposób. Uczestniczyłam kiedyś w seansie w Sydney, gdy do tego doszło.

— I co się wtedy stało? Wzrok pani Wells zrobił się szklisty.

— Pewna kobieta zginęła we własnym domu w dość tajemniczych okolicznościach… A kilka miesięcy po jej śmierci zebrała się tam grupa wybranych spirytystów, by się z nią skontaktować.

— W jaki sposób zginęła?

— Należący do jej rodziny pies oszalał — powiedziała Lydia Wells. — Bestia zupełnie straciła panowanie nad sobą, zaatakowała kobietę i rozerwała jej gardło.

— Ohyda.

— Makabra.

— Okoliczności śmierci ofiary były podejrzane nie tylko dlatego, że pies został zastrzelony, zanim stróże prawa zdołali ustalić, czy rzeczywiście był agresywny — ciągnęła wdowa. — Sprawa została jednak zamknięta, a oszalały z rozpaczy mąż zmarłej porzucił dom i popłynął w świat. Kilka miesięcy później zatrudniony w owym domu sługa zwrócił uwagę medium na tę sprawę i urządziliśmy seans w tym samym pokoju, w którym została zabita owa kobieta. Pewien dżentelmen z naszej grupy, wprawdzie nie medium, tylko cieszący się wielkim uznaniem spirytysta, miał przy sobie tego wieczoru zegarek kieszonkowy. Spoczywał on w kieszonce kamizelki, dewizkę zaś spirytysta miał przypiętą na piersi. Zapewniał nas później, że nakręcił zegarek, zanim przybył do domu, a jego mechanizm był precyzyjny. No i wieczorem, już w czasie seansu, z kamizelki tego dżentelmena dobiegł nas dziwny szmer. Słyszeliśmy go wszyscy, chociaż nie wiedzieliśmy, co to jest. Spirytysta wyjął swój chronometr, po czym ku swojemu zdumieniu stwierdził, że wskazuje trzy minuty po pierwszej. Powtarzał z uporem, że nakręcił zegarek o szóstej, a kiedy go wyciągnął podczas seansu, nie minęła jeszcze dziewiąta. Nie było żadnej możliwości, aby wskazówki przesunęły się same, a właściciel nie mógł przecież przekręcić ich przypadkowo! Spróbował poruszyć koronkę i okazało się, że jest zablokowana. Zepsuła się. Prawdę mówiąc, zegarka nigdy już nie udało się naprawić.

— Ale co to miało znaczyć? — spytał ktoś. — Te trzy minuty po pierwszej?

Wdowa ściszyła głos.

— Mogliśmy tylko przypuszczać, że duch zmarłej próbował nam coś powiedzieć. Może wskazywał czas jej śmierci? A może chciał nas ostrzec? Przed inną, dopiero zbliżającą się śmiercią?

Charlie Frost stwierdził, że z trudem łapie powietrze.

— Co było potem? — szepnął Nilssen.

— Postanowiliśmy pozostać w salonie do godziny pierwszej trzy w nocy — powiedziała Lydia Wells. — Myśleliśmy, że może duch prosi nas, abyśmy nie opuszczali pokoju do tej pory, bo wtedy coś się wydarzy. Czekaliśmy, aż zegar wybił pierwszą; czekaliśmy w milczeniu przez minutę… Dwie… Trzy… I wówczas, dokładnie w tym momencie, rozległ się straszny trzask: to spadł obraz z haka. Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy dziurę w ścianie, którą ten obraz zasłaniał. No, wtedy kobiety z naszej grupy zaczęły przeraźliwie krzyczeć, podniosła się wrzawa i chyba możecie sobie wyobrazić, do jakiego zamieszania doszło. Ktoś znalazł nóż, wyciął kawałek tynku i naszym oczom w ścianie ukazała się kula.

Frost i Nilssen wymienili szybkie spojrzenia. Opowieść wdowy zaczęła przypominać im o kuli, która zniknęła z sypialni Anny Wetherell na piętrze w hotelu Ruszt.

— Czy sprawa została w końcu rozwiązana? — spytał ktoś.

— Och tak — odrzekła wdowa. — Nie będę wchodzić w szczegóły, jest ich bowiem zbyt wiele, ale jeżeli jesteście ciekawi, można znaleźć wszystkie informacje na ten temat w gazetach. Bo widzicie, okazało się, że kobieta wcale nie została zaatakowana przez psa. Zamordował ją jej mąż, który najpierw poderżnął żonie gardło, a potem zastrzelił psa, by ukryć swoją zbrodnię.

W pokoju rozległy się pełne udręki pomruki.

— Tak — powiedziała Lydia Wells. — Cała ta historia jest tragiczna. Kobieta miała na imię Elizabeth, lecz nie pamiętam, jakie nazwisko nosiła. No cóż, dobra wiadomość brzmiała natomiast tak, że kiedy sprawa została otwarta na nowo, śledczy mieli dwa tropy: po pierwsze, wiedzieli, że ofiara zginęła od kuli z wojskowego colta, a po drugie, że stało się to dokładnie trzy minuty po pierwszej w nocy.

Wdowa zamikła na chwilę, a potem wybuchnęła śmiechem.

— Ale nie przyszliście tu dzisiaj, żeby wysłuchiwać moich opowieści! — Wstała z krzesła i kilku mężczyzn, chcąc zachować się po dżentelmeńsku, poszło za jej przykładem, lecz ona podniosła rękę, żeby ich powstrzymać. — Przykro mi to mówić, ale na świecie mamy wielu sceptyków, a na każdego człowieka o dobrym sercu przypada dziesięciu niegodziwców. Mogą znajdować się wśród was osoby, które spróbują zanegować wszystko, co może się dzisiaj stać, albo będą usiłowały mnie zdyskredytować. Dlatego proszę, byście się rozejrzeli i przekonali, że nie stosujemy żadnych sztuczek, pułapek ani oszustw. Wiem równie dobrze jak wy, że sztuką przepowiadania przyszłości zajmuje się wielu hochsztaplerów, zapewniam was jednak, że ja się do nich nie zaliczam. — Rozpostarła ramiona i dodała: — Jak widzicie, niczego nie ukrywam. Nie bójcie się, możecie mi się dobrze przyjrzeć.

Po tych słowach rozległy się chichoty i szuranie, a goście zaczęli się rozglądać i przyglądać sufitowi, krzesłom, lampie naftowej na stole, świecom oraz dywanowi. Charlie Frost nie spuszczał oka z Lydii. Nie wyglądała na spiętą. Obróciła się jak fryga, pokazując, że nie ukrywa niczego pod spódnicą, a potem bardzo swobodnie usiadła, uśmiechając się do wszystkich. Wyskubała z rękawa wyprutą nitkę i odczekała, aż goście się uspokoją.

— Doskonale — rzekła, gdy wszyscy znów skupili uwagę na niej. — Skoro jesteśmy już usatysfakcjonowani i gotowi, zgaszę lampę i zaczekamy na przybycie Anny.

Pochyliła się i zgasiła płomień, pogrążając wszystkich w półmroku światła świec. Po kilku chwilach ciszy rozległo się pukanie do drzwi salonu i Lydia Wells, wciąż manipulując coś przy lampie, zawołała:

— Wejść!

Drzwi się otworzyły, a siedmiu mężczyzn odwróciło głowy. Frost, który na chwilę zapomniał o poleceniach Pritcharda, też spojrzał w tamtą stronę.

Anna stała w progu z wyrazem upiornej pustki na twarzy. Wciąż miała na sobie tę żałobną kreację, którą podarował jej Aubert Gascoigne, ale jeśli suknia już przedtem źle na niej leżała, to teraz wyglądała wprost żałośnie — zwisała z ramion dziewczyny jak z wieszaka i chociaż najwyraźniej została zwężona, była luźna w pasie, a wystrzępiony kołnierzyk zasłaniał niemal wklęsłą pierś. Panna Wetherell miała bardzo blade i ponure oblicze. Nie patrzyła na twarze zebranych. Ze wzrokiem wbitym przed siebie podeszła powoli naprzód, po czym zapadła się w pusty fotel, który stał naprzeciwko Lydii Wells.

Ależ Anna została tu po prostu zagłodzona! — pomyślał Frost. Zerknął na Nilssena, chcąc go złowić wzrokiem, lecz agent handlowy ze zmarszczonym czołem i miną znamionującą posępne zdumienie przypatrywał się pannie Wetherell. Frost przypomniał sobie o swoich zobowiązaniach za późno i dopiero teraz odwrócił się ku wdowie, która w tej krótkiej chwili, gdy oczy wszystkich zwrócone były na drzwi, coś zrobiła. Tak: zrobiła coś, na pewno, albowiem wygładzała właśnie suknię z samozadowoleniem, a wyraz jej twarzy nagle się ożywił. Co takiego zrobiła? Jakiej zmiany dokonała? I w czym? Frost nie mógł już zobaczyć tego w półmroku i przeklinał się w duchu za to, że spuścił ją z oka. Zastosowała fortel, jak to przewidział Pritchard, i Frost poprzysiągł sobie, że nie odwróci wzroku po raz wtóry.

W kątach pokoju zaległa teraz całkowita ciemność. Światło dawały jedynie stojące na środku migotliwe świece, a jedenaście otaczających je twarzy przybrało szary, widmowy wygląd. Nie odrywając wzroku od twarzy wdowy, Frost zauważył, że krąg krzeseł nie ma idealnie kolistego kształtu: przypominał raczej elipsę, której dłuższa oś wskazywała drzwi. Lydia siedziała na jej drugim, przeciwległym końcu. ustawiając krzesła w ten sposób, pani Wells zyskała pewność, że wszystkie głowy zwrócą się ku drzwiom — czyli odwrócą się od niej — kiedy Anna wkroczy do pokoju. No, pomyślał Frost, tę sztuczkę, do której uciekła się Lydia w owej krótkiej chwili, gdy Anna stanęła w drzwiach, musieli jednak widzieć przynajmniej Chińczycy. I zakarbował sobie w myślach jeszcze jedno: żeby ich o to zapytać po seansie.

Na polecenie wdowy uczestnicy wzięli się za ręce, a Lydia westchnęła głęboko, uśmiechnęła się w roztrzepotanym świetle płomyków świec i przymknęła oczy.

Zapowiedziany gość wdowy nie spieszył się z przybyciem. Wszyscy siedzieli w całkowitym milczeniu przez blisko dwadzieścia minut, bez ruchu, oddychając miarowo i czekając na jakiś znak. Charlie Frost obserwował panią Wells, która w końcu zaczęła wydawać gardłowy, cichy i mrukliwy odgłos. Pomruk przybierał na sile i wkrótce dało się już rozpoznać poszczególne słowa — jedne nonsensowne, a inne brzmiące znajomo jedynie dzięki swej formie, pojedynczym sylabom, które gęstniały w zdania, zaklęcia i polecenia. W końcu pani Wells wygięła grzbiet i zwróciła się z prośbą do świata umarłych, aby wydali jej cień Emery’ego Stainesa.

To, co stało się teraz, Frost opisywał później rozmaicie, jako „atak”, „paroksyzm” lub „długotrwałe konwulsje”. Wiedział, że te określenia nie są trafne, bo żadne dobrze nie oddawało wyrafinowanej gry aktorskiej ze strony Lydii Wells ani skrajnego zakłopotania Frosta, który ją oglądał. Pani Wells raz po raz wołała Stainesa po nazwisku z intonacją rzucającej się w przepaść kochanki — a ponieważ nie otrzymywała odpowiedzi, zdenerwowała się. Dostała skurczy i powtarzała pojedyncze sylaby niczym gaworzące dziecko. Potem spuściła głowę na piersi, podniosła ją i znowu opuściła. Po chwili konwulsje Lydii zaczęły dochodzić do czegoś w rodzaju punktu kulminacyjnego, oddychała bowiem coraz szybciej, lecz później nagle ustały. Wtedy wdowa raptownie uniosła powieki.

Charliego Frosta przebiegł zimny dreszcz niepokoju: Lydia Wells patrzyła prosto na niego i miała taką twarz, jakiej nigdy jeszcze u niej nie widział: zesztywniałą, bezkrwistą i okrutną. Po chwili jednak płomienie świec zachwiały się, podskoczyły i Frost zobaczył, że Lydia nie patrzy na niego, lecz dalej, ponad jego głową, tam gdzie siedział po turecku Ah Sook. Frost nawet nie mrugnął i nie odwrócił wzroku. Potem Lydia Wells wydała dziwny dźwięk. Przewróciła oczami, a mięśnie na jej szyi zaczęły pulsować. Dziwnie poruszyła szczękami, jak gdyby przeżuwała powietrze, po czym nie swoim głosem powiedziała:

Ngor yeu nei wai mut haak ngor dei gaa zuk ge ming sing tung wai waai ngor ge sing yu fu zaak. Mou leon nei hai bin, dang ngor co yun gaam cut lai, ngor yat ding wui wan dou nei. Ngor yeu wan nei bou sou…

Zadrżała potężnie i przewróciła się na bok, na podłogę. W tym samym momencie (Frost dyskutował o owym niewytłumaczalnym zdarzeniu jeszcze przez kilka tygodni) lampa naftowa na stole gwałtownie przechyliła się i upadła na stojący obok talerz ze świecami. Wydawałoby się, że skutkom takiego wypadku można było z dużą łatwością zapobiec, albowiem szklany klosz lampy nie pękł, a nafta się nie rozlała, ale natychmiast rozległ się szum i krąg gości został w jednej chwili zalany światłem: cały stół stanął w płomieniach.

Chwilę potem wszyscy gwałtownie ożyli. Ktoś krzyknął, że trzeba zdusić ogień. Jeden z kopaczy odciągnął wdowę na bok, a dwaj inni zrzucili wszystko z kanapy. Ogień został zdławiony szalami i kocami. Ktoś odtrącił lampę, a wszyscy mówili jeden przez drugiego. Charlie Frost, kręcąc się w nieoczekiwanej ciemności, zauważył, że Anna Wetherell nie poruszyła się, a wyraz jej twarzy nie uległ najmniejszej zmianie, jak gdyby nagły wybuch ognia ani trochę jej nie zaniepokoił.

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku