Sebastià Alzamora „Bestie”

Obrazek artykułu
Gotycki thriller „Bestie” autorstwa Sebastià Alzamora już w sprzedaży. Fragment z wnętrza książki zachęca do lektury.

Hiszpańska wojna domowa wisi w powietrzu. Wszechobecny chaos, strach i przerażenie naznacza codzienność. Właśnie w tych okolicznościach poznamy pewnego tajemniczego człowieka. Obeznany w teologii osobnik utrzymuje, że jest wampirem, który swego czasu zabił księdza i niewinnego chłopca.


Komisarz Gregori Muñoz poprowadzi śledztwo, siostry kapucynki staną się zakładniczkami w klasztorze, a wraz z nimi rzekomo zamordowany biskup Barcelony. W katakumbach natomiast do istnienia zostaje powołany prawdziwy potwór.


Jak zakończy się zabawa w Boga? Czy ciemność zdominuj świata, a może młodziutka nowicjuszka przekona komisarza, że zło da się pokonać? Przekonamy się po wnikliwej lekturze. Wielowarstwowa proza oraz niebywałe tempo nawet na moment nie pozwoli nam znaleźć wytchnienia.




Fragment książki:

Często trudno mi odróżnić ludzi od zwierząt, ponieważ odżywiam się jednymi i drugimi, bez różnicy, a wobec śmierci wszystkie te stworzenia reagują z podobnym strachem. Gdy delektowałem się swoim duchownym, uderzał on jeszcze o posadzkę wyłożoną mozaiką, spazmatycznie, niczym serce żaby albo kura z odciętą głową, a oczy nabiegły mu gniewem i nienawiścią. Gdyby rzeczywiście czekało ich jakieś życie pozaziemskie (nie ten potworny żywot, który my, wampiry, współdzielimy z Bogiem i Duchem Świętym, ale rodzaj doświadczanego niespodziewanie, świetlistego odkupienia, jakie sobie nawzajem obiecują), należy sądzić, że byliby zdolni do zachowań nieco mniej rozczarowujących.


Ludzie nie znoszą myśli, że mogliby zostać zabici, a jednocześnie każdego człowieka ekscytuje możliwość przedzierzgnięcia się w zabójcę. Każdego bez wyjątku: gatunek ludzki nie jest niczym więcej niż rasą zabójców, dość już starą i niezmiernie liczną. Oto problem ludzkiej wolności: ledwo ktoś pomyśli, że ją osiągnął, zaraz zaczyna eliminować swoich współziomków. Porządek zostaje przywrócony, kiedy ktoś inny odbierze mu życie, dlatego że porządek to powstrzymywanie apetytu na zbrodnię – prawie zawsze przez popełnienie innej zbrodni. Dlatego wojna jest – bardziej niż czymkolwiek innym – równoczesną realizacją żądzy zabijania nagromadzonej przez wszystkich przedstawicieli jednej generacji. Jest momentem zbiorowego oswobodzenia, głębokim i niszczącym westchnieniem wypuszczonym z samej głębi duszy, zarówno przez ofiary, jak i przez katów.


Właśnie z tego powodu, patrząc na chłopca, widzę w nim nie dziecko, ale potencjalnego zabójcę – w niektórych przypadkach już nawet wypróbowanego w swoim fachu. Kiedy skończyłem ze swoim duchownym, szukałem jakiegoś wyjścia, które pozwoliłoby mi umknąć, nie będąc widzianym, aż w końcu przez małe drzwiczki wyszedłem na wąską, niebrukowaną ulicę. Tam go znalazłem: bawił się, kręcąc bączkiem na zapylonej ziemi. Nie mógł mieć więcej niż sześć, może siedem lat, ubrany był w spodnie z surowego płótna i postrzępiony sweter. Policzki miał umazane smarkami i przyglądał się migdałowymi, szeroko otwartymi oczami plamkom krwi rozsianym po całej mojej twarzy. Stał nieruchomo w słabym świetle poranka, z bączkiem w ręce. A ja znów poczułem pragnienie, którego nigdy nie da się zaspokoić do końca.


***

– Niech Bóg się nad nami zlituje – wymruczał skonsternowany brat Plana, składając ręce jak do modlitwy.

– Bóg? Zapewniam was, że Bóg nie ma tu nic do rzeczy. A jeśli chcecie znać prawdę, to powiem wam, że mnie nie jest źle. Tylko tego nam brakowało…

Tym, który to mówił, był komisarz Gregori Muñoz. Jego sposób wysławiania się odpowiadał dość dokładnie jego wyglądowi, ponieważ przypominał obwoźnego sprzedawcę towarów żelaznych albo Cygana, albo obydwu naraz.

– Do kurwy nędzy złotej… – wtrącił się tylko po to, żeby coś powiedzieć, funkcjonariusz Mossos d’Esquadra przybyły razem z komisarzem Muñozem. Rudy chłopak z pokancerowaną twarzą, do którego jego przełożony zwracał się per Sirga. Albo durniu, jeśli mu akurat pasowało.

– Nie odzywaj się, durniu, jeśli cię nie pytają – uciął komisarz Muñoz.

– Tak, panie komisarzu – przytaknął Sirga.


Czwarty mężczyzna, surowy i patykowaty sędzia Miquel Carbonissa, skrzyżował ręce na plecach i mlaskał, uderzając językiem o podniebienie.


Wszyscy stali skupieni wokół siedzącego w kucki doktora Humberta Pellicera, który kiwał głową i odchrząkiwał, badając zwłoki zamordowanego chłopca. Ciało spoczywało na noszach, które pielęgniarze z Czerwonego Krzyża wnieśli do ambulansu zaraz po zakończeniu przez lekarza obdukcji poprzedzającej sekcję zwłok. W samochodzie znajdowała się już matka, chuda kobieta o wyglądzie gruźliczki, wyraźnie wstrząśnięta po przejściu ataku nerwowego. Ojciec – mechanik samochodowy, niski i krzepki, wciąż ubrany w fartuch roboczy – krążył po wąskiej uliczce przylegającej do wejścia do pensjonatu Capell z miną wyrażającą całkowite i bezmyślne ogłupienie, jakby mu ktoś przyłożył młotkiem. Od czasu do czasu mężczyzna znajdował na ziemi grudkę zaschniętej krwi, którą zakrywał, rozgrzebując nad nią czubkiem buta bryłkę ziemi.


Pielęgniarze poświęcali też trochę uwagi senyorze Gertrudis, jako że to ona znalazła obydwa trupy. Zwłoki brata Gendrau rozciągnięte na pół kuchni, z otwartymi ustami i poderżniętym gardłem, oraz dziecka, o które potknęła się w połowie uliczki, kiedy wybiegła z pensjonatu Capell tak przerażona, że nawet nie zaczęła wzywać pomocy. Chłopiec leżał zwinięty, z zamkniętymi oczami: mogłoby się wydawać, że śni jakiś przyjemny sen, gdyby nie brzydka i kręta rana widoczna na szyi. Spod jego głowy rozlewała się kałuża krwi, która w kontakcie z ziemią i żwirem krzepła w grudki. Wokoło wszędzie było pełno krwawych plam, jakby krew, zamiast wyciekać z ciała dziecka, rozpryskiwała się. Osłupiała senyora Gertrudis właśnie miała wydać z siebie krzyk przerażenia, który zwróciłby uwagę przechodniów, kiedy upadła zemdlona obok martwego ciałka. Teraz siedziała na trzcinowym fotelu blisko otwartych drzwi do pensjonatu, wpatrując się w płytki podłogowe poznaczone śladami krwi brata Gendrau. Podczas gdy sanitariusze, wykonując polecenie sędziego Carbonissy, podnosili ciało zakonnika, senyora Gertrudis przyglądała się swoim dłoniom i przeżuwała niezrozumiałe słowa niczym koza lucernę.


Doktor Pellicer odsunął się od ciała dziecka, wstał z trudem spowodowanym wiekiem i nadwagą i skinął na pielęgniarzy, którzy natychmiast zaczęli ładować nosze do ambulansu, gdzie rozhisteryzowana matka wybuchła nową serią krzyków. Kobieta rzucała bluźnierstwa, które wprawiłyby w zakłopotanie najobojętniejszego wśród agnostyków (bracia Plana, Darder i Lacunza udawali, że ich nie słyszą): deklarowała, że jest gotowa umrzeć zamiast syna, przysięgała, że zabije całą masę ludzi, połykała i znów mełła w ustach sylaby, przerabiając je na długie i czekające na strawienie muczenie. W końcu trzeba było ją ubrać w kaftan bezpieczeństwa i związać go rzemieniami. Oszołomiony mąż nie chciał wsiąść do samochodu, wolał zostać w uliczce, gdzie znaleziono martwe dziecko, jakby postanowił trzymać tam straż. Mężczyzna snuł się nieprzytomnie po ulicy, w górę i w dół, z rękami założonymi za fartuch, przytłoczony niedorzecznością sytuacji.

 

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku