Roland Topor „Czarne krowy”

Obrazek artykułu
Ostatnia książka Rolanda Topora. Zbiór opowiadań, które dotknęły niemalże wszystkich tematów, które dręczyły autora. Już teraz można zapoznać się z fragmentem wstępu oraz tytułowym opowiadaniem.

Krótko przed swą śmiercią autor napisał pozycje, którą teraz mogą poznać czytelniczy. Niezwykły zbiór ponad trzydziestu opowiadań odnoszących się do tematów które poruszały, zastanawiały, prześladowały i przerażały Topora. Oczywiście bez względu na to czy przyjdzie nam zmierzyć się z procesem starzenia i śmiertelnością, alienacją czy potwornościami otaczającej nas rzeczywistości, nie będziemy narzekać.


Charakterystyczny styl Rolanda Topora zapewni nam odpowiednią ilość groteski, czarnego humoru oraz niepokornej fantazji. Może autor tyle lat po swej śmierci nadal się śmieje?



Fragment:


Wstęp


Kiedy byłem dzieckiem, miałem trochę głupawe marzenie: chciałem pewnego dnia spotkać w swoim życiu geniusza. Z czystej ciekawości. Żeby wiedzieć, jak taki geniusz działa, jak funkcjonuje. Czy taki geniusz je, pije, płacze, cierpi, odczuwa przyjemność, śpi?


Trzeba mi było na to czekać trzydzieści lat z okładem, jednak moje marzenie w 1989 roku w końcu się ziściło: Roland Topor był moim pierwszym geniuszem. Sami przyznacie: mistrzowski sztych w pierwszej próbie!1


[…]

Od kilku tygodni ślęczę nad tym wstępem. Wcale nie muszę tego mówić, bo tego nie widać, ale mówię mimo wszystko: męczę się, kreślę, wracam do tego, co skreśliłem, szukam odpowiednich zwrotów, dekonstruuję, rekonstruuję, drepczę w miejscu. A to dlatego, że kochałem Topora, że nie mogę znaleźć pocieszenia po jego odejściu i że czuję się w obowiązku napisania kilku zdań na jego cześć… no i się jakoś nie klei. Topor uosabiał prostotę w najczystszej postaci. To zresztą jedna z cech jego geniuszu, który odnajdujemy w „Czarnych krowach”. Przy użyciu najzwyklejszych słów, bez żadnych figur stylistycznych, Topor konstruuje magiczny i uśmiechnięty świat, który pomaga nam zrozumieć nasz własny i lepiej w nim żyć. Ze swojej wrodzonej czarnej melancholii urabia światło dla innych… i trochę dla niego samego. Taki był właśnie jego geniusz, to było właśnie to, co sytuowało go zupełnie ponad całą zgrają. Jednym pociągnięciem ołówka – takiego samego ołówka, którego używam do sporządzenia listy zakupów – Topor rozjaśniał naszą bolesną rzeczywistość, zwracał nam uśmiech i odwagę, byśmy mogli iść dalej. Robił to dla szerokiej publiczności, która – zbyt często – nie była dostatecznie liczna, robił to również dla swoich przyjaciół. Coś wam sprawiało ból lub przykrość? Coś stanowiło problem lub dylemat, a wy nie widzieliście rozwiązania? Szliście wówczas do Topora, a Topor – za pomocą kilku słów, kilku pomysłów, za którymi kryły się niepospolita inteligencja, przenikliwość i wspaniałomyślność – pokazywał wam drogę. W kilka minut byliście znów postawieni do pionu. Wasi wrogowie wydawali wam się słabsi, wasze problemy zmniejszały się, stając się śmiechu warte. Topor był uzdrowicielem; umarł o wiele za wcześnie, jednak jego dzieło trwa i uwiecznia humanistyczne przesłanie, które sobie przypisał, nigdy o tym nie mówiąc.


W 1996 roku Topor, kilku innych i ja sam pracowaliśmy nad programem dla małej stacji telewizyjnej, który prawdopodobnie nazywał się Une minute pour le dire [Powiedz to w minutę]. Minuta na wyrażenie myśli osobistej, oryginalnej i rzeczowej… albo i nie. Krótko mówiąc, minuta wolnego słowa. Minuty Topora były, rzecz jasna, genialne, dosadne i śmieszne. Wciąż pamiętam jedną z nich: Topor zdawał sobie sprawę z naszego niecierpliwego wyczekiwania nachodzącego roku 2000. Sam przyznawał, iż się niecierpliwi, i proponował, by – chcąc zyskać na czasie i oszukać niekończące się oczekiwanie – pominąć bez żadnych skrupułów lata 1997, 1998 i 1999, które ewidentnie nie posłużą niczemu i które nie przedstawiają sobą szczególnej wartości, i przejść od razu do 2000 roku. Był to oczywiście pomysł dziecinny, pomysł swobodny i magiczny, à la Topor. I, niestety, pomysł wizjonerski. Ponieważ gdybyśmy posłuchali Topora, miałby on przyjemność powitać rok 2000. Tymczasem zmarł w 1997, pierwszym z tych przeraźliwie zbytecznych lat.


Topor miał tysiąc pomysłów na dzień. Niemożliwym było dla niego, by je wszystkie wyrazić, jednak w ogóle mu to nie przeszkadzało. Zresztą, ponieważ jego pomysły były niewyczerpane, wiedział, że zawsze będą mu one towarzyszyć. Zabrał ich ze sobą całe taczki. To dodatkowy powód, by delektować się tymi, które zdążył nam pozostawić na papierze.


Należałem – zbyt krótko – do przyjaciół genialnego Topora. Jest to przywilej, którym nie mogę się, niestety, podzielić. Pozostaje mi tylko możliwość, by to wszystko poświadczyć, co nie jest żadnym wyczynem, i zachęcić wszystkich mi współczesnych do przeczytania, do odczytania i odkrycia na nowo tekstów oraz rysunków Topora. By mogli oni stwierdzić razem ze mną: „tak, taki geniusz je, odczuwa przyjemność, pieprzy…”, jak również: „nie, taki geniusz nie umiera”.

François Rollin


Czarne krowy


Krowy doprowadzają mnie do rozpaczy.


Wredne są zwłaszcza czarne krowy. Nie jestem specjalnie przesądny, ale w tym wypadku wszystko zostało dowiedzione: czarne krowy przynoszą pecha. Bardziej niż koty. Nie rozumiem tego pomylenia, które nakazuje ludziom bać się czarnych kotów i nic sobie nie robić z czarnych krów. Czarny kot przebiega im drogę z prawa na lewo – odpukują w niemalowane. Stado czarnych krów przetacza się im tuż przed nosem – stroją sobie żarty. Ale już niedługo. Trafi ich pierwsza spadająca dachówka i zapytają dlaczego.


Bydlęcym podstępkiem czarne krowy są jednak również dojne. Ich mleko jest tak samo białe, jak mleko krowy jasnej, a wytwarzane z niego jogurt, śmietana i masło wydają się równie nieskazitelne. Nic nie wzbudza naszej nieufności. Kto by pomyślał o czarnej krowie, rozsmarowując świeżą śmietankę na plastrze wędzonego łososia lub wsuwając dorodną gruszkę odmiany Piękna Helena, z górą bitej śmietany?


Myślimy sobie, że nic nam nie grozi, a tu nagle bach! I nieszczęście gotowe. Cholesterol blokuje tętnicę, samochód rozbija się o słup lub pali się dom. Zresztą nieszczęścia zawsze chodzą parami. Tętnica się blokuje, samochód się rozbija, dom się pali, a my łamiemy sobie nogę, wyskakując przez okno, rozdzieramy sobie ubranie, nie możemy znaleźć okularów…


Nieszczęścia mogą się mnożyć w nieskończoność, podczas gdy ze szczęściem rozprawimy się w mig.


Weźmy przykład faceta, któremu chce się sikać. Zaciska szczęki, cały aż się w sobie kurczy, a koszula lepi mu się do pleców od zimnego potu. Wchodzi do kawiarni i gna do toalety: zajęte. Facet jest nieszczęśliwy. Wreszcie, kiedy jest już wolne, facet sika, jest szczęśliwy. Wcale nie potrzebuje premii, by być szczęśliwym. Jest szczęśliwy bez premii, tylko dlatego, że sika.


Tymczasem czekając i będąc już nieszczęśliwym, mógł stać się nieszczęśliwy jeszcze bardziej. Gdyby, dajmy na to, chciał go ugryźć owczarek niemiecki. Albo gdyby podsłuchał innego faceta, który przez telefon umawia się na potajemną randkę z jego żoną. Gdyby wybuchł pożar. Gdyby właśnie w tym, a nie innym momencie dostał zawału.

Wszystko może się zdarzyć jednocześnie.


Z powodu czarnej krowy.


Bo jedno z tych wstrętnych bydląt rzuciło na was zły urok, łypiąc ponurym, beznamiętnym i ocienionym firanką rzęs okiem. Okiem wyraźnie zobojętniałym, nieznającym litości, nieubłaganym.


Wszyscy mówią, że krowy mają cielęce spojrzenie. Jednak to spojrzenie jest nie tylko cielęce. Ono jest wredne. To spojrzenie zabójcy, które można znaleźć w jednym z kryminałów z Série noire. Czarna krowa wyciąga broń i kieruje w waszą stronę grad kul, nie przestając nawet przeżuwać swojej gumy. Bez rozterek i wyrzutów sumienia. Zlecenie jak każde inne, dla kasy. Takie właśnie są czarne krowy.

Istne bydlęctwo!


Twierdzimy, że patrzą tym swoim niby cielęcym wzrokiem na przejeżdżające pociągi. Myślicie, że pociągi wykolejają się przez przypadek? Że przez przypadek ludzie rzucają się pod lokomotywy? Że przez przypadek Francuskie Koleje Państwowe mają niewytłumaczalne opóźnienia? Że przez przypadek strajkują? Że przez przypadek trzeba godzinami stać w kolejce po nieszczęsny bilet? Prawdziwym problemem kolei są krowy; zwłaszcza czarne krowy.


Ci, którzy wybierają miejsce przy oknie, by niby móc podziwiać krajobraz, nie są wcale tacy sprytni. Ujadą zaledwie trzy kilometry, a już widzą stadko na łonie natury.

„O, krowy” – myślą sobie bez wzruszenia.


W następnej minucie pojawia się konduktor i wlepia im karę, ponieważ zapomnieli skasować bilet.


Kiedy ja wsiadam do pociągu, momentalnie zamykam oczy. Im mniej się widzi, tym bardziej się to opłaca. Ludzie mi mówią: „Ma pan szczęście, że może pan spać, nie ma pan czasu, żeby się nudzić”.


Dużo bym dał za to, by móc spać. Ale to niemożliwe: trwoga utrzymuje mnie w pobudzeniu. Muszę zmuszać się do przymykania powiek, aby nic nie widzieć. Nie chcę, by obraz krowy mógł wniknąć pomiędzy moje rzęsy i łagodnie usadowić się w mojej źrenicy. Zamykam oczy ze wszystkich sił. Kiedy konduktor prosi mnie o bilet, sięgam na oślep i szczęściem trafiam na niego po omacku. Małe szczęście, nawet całkiem malutkie, opłaca się wszak bardziej niż wielkie nieszczęście.


Uwaga: nie twierdzę, że czarne krowy są odpowiedzialne za wszystkie nasze kłopoty. Nie jestem aż tak naiwny, by wierzyć, że bez krów wszystko by szło jak po maśle. Cierpienie i umieranie są przeznaczeniem ludzkości. Niemniej jednak, gdyby było mniej czarnych krów, krowie placki przeznaczone byłyby dla innych, a ja uniknąłbym kupy nieszczęść.


_
Przypisy:
1W oryg. Pour un coup d’essai…! Nawiązanie do „Cyda” Pierre’a Corneilla, w którym Roderyk zwraca się do Gomesa: „Tacy jak ja za pierwszy raz każą o sobie / Sądzić, mistrzowskie dając sztychy w pierwszej probie” (Pierre Corneille, Cyd albo Roderyk, przeł. Jan Andrzej Morsztyn, wyd. Adam Karpiński i Adam Stepnowski, Warszawa 1999, str. 42). Powiedzenie Pour un coup d’essai, c’est un coup de maître przeszło do języka codziennego i określa sytuację, w której podjęcie pierwszej próby okazało się pełnym sukcesem (przyp. tłum.).

 

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku