Pierwszy rozdział kryminału „Pora na śmierć” Davida Hewsona

Obrazek artykułu
Co zrobilibyśmy gdyby nieznany nam mężczyzna wyjął z reklamówki ludzką skórę i zaczął krzyczeć „Krew męczenników jest nasieniem Kościoła”? Ciesząc się, że podobna okoliczność nas nie spotka bezpiecznie możemy przeczytać pierwszy rozdział kryminału „Pora na śmierć” Davida Hewsona.

Najnowsza powieść Davida Hewsona ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy. „Pora na śmierć” inicjuje cykl kryminałów, którego bohaterem jest detektyw Nico Costa.


Na chwilę przeniesiemy się do Rzymu rozgrzewanego przez nieubłagany żar, który leje się z nieba aby przeżyć masę niezapomnianych wrażeń. Nie co dzień zdarza się przecież uwikłać w kryminalna plątaninę zdarzeń i okoliczności.



 

Pierwszy rozdział:


Upał był ciężki i gęsty. Sara Farnese siedziała przy biurku w czytelni Biblioteki Watykańskiej, patrzyła przez okno na małe prostokątne podwórze i próbowała się skupić. Rozgrzane powietrze sierpniowego popołudnia falowało, zniekształcało obraz i zasnuwało go nierealną mgiełką, bezlitosne słońce przeglądało się w żółtym lustrze wyschniętej trawy. Dochodziła druga. Za godzinę temperatura za szybą dobije do czterdziestu stopni. Sara miała wyjechać, jak wszyscy. W sierpniu Rzym stawał się pustym piecem wypełnionym szeptami odwodnionych duchów. Na korytarzach uniwersytetu po drugiej stronie miasta echo powtórzyło rano dźwięk jej samotnych kroków. Między innymi dlatego zdecydowała się stamtąd uciec. Połowę sklepów i restauracji zamknięto. Życie uchowało się tylko w parkach i muzeach, gdzie zbłąkane grupy spoconych turystów próbowały znaleźć trochę cienia.

To była najgorsza część lata, ale Sara postanowiła zostać. Wiedziała dlaczego i zastanawiała się, czy to głupie. Z Londynu przyjeżdżał Hugh Fairchild. Przystojny Hugh, mądry Hugh, mężczyzna, który potrafił wyrecytować z pamięci nazwy wszystkich wczesnochrześcijańskich kodeksów w muzeach Europy i prawdopodobnie także wszystkie przeczytał. Jeśli samolot się nie spóźnił, Hugh wylądował na Fiumicinie o dziesiątej i zdążył już zameldować się w swoim apartamencie w hotelu D’Inghilterra. Jest za wcześnie, by zatrzymał się u niej, wiedziała o tym; odpędziła myśl, że w książce adresowej może mieć inne nazwiska, inne kandydatki do łóżka. Był bardzo zajęty. Przyjechał do Rzymu na pięć dni, z czego tylko dwie noce należały do niej, potem leciał na konferencję prawników w Stambule.

 

Możliwe, myślała, że ma inne kochanki. Nie – bardzo prawdopodobne. W końcu mieszkał w Londynie. Opuścił uniwersytet i zrobił karierę urzędniczą w Unii. Teraz chyba jeden tydzień na cztery spędzał w drodze: Rzym, Nowy Jork, Tokio. Spotykali się najwyżej raz w miesiącu. Miał trzydzieści pięć lat i był niemal zbyt przystojny. Wysoki, muskularny i opalony, z niesforną blond fryzurą i miłą arystokratyczną angielską twarzą gotową w każdej chwili rozjaśnić się uśmiechem. Na pewno sypiał z innymi kobietami, może już na pierwszej randce. Jak – przypomniała sobie nie bez lekkiego poczucia winy – z nią, cztery miesiące temu w Amsterdamie, na kongresie o ochronie zabytków.

Nie żeby ją to martwiło. Oboje byli wolni i dorośli. W łóżku okazał się pedantycznie ostrożny. Hugh Fairchild to niezwykle poukładany mężczyzna, który w nieregularnych odstępach czasu pojawia się w jej życiu ku ich obopólnemu zadowoleniu. Dziś wieczorem przespacerują się po moście przy Zamku Świętego Anioła, a potem ulicami centro storico. Wstąpią gdzieś na kawę, koło północy dotrą do jej domu. Hugh zostanie na noc, dwa następne dni zajmą mu spotkania. Będzie to, myślała, hojnie odmierzona dawka aktywności intelektualnej, przyjemnego towarzystwa i fizycznego spełnienia. Wystarczająca do szczęścia. Wystarczająca, pojawiła się zbłąkana myśl, by odpędzić wątpliwości.

Siedziała przy mahoniowym biurku pod oknem i próbowała się skupić na bezcennym manuskrypcie. Leżał przed nią pożółkły wolumin niepodobny do tych, które zwykle studiowała w watykańskiej czytelni: sporządzona w X wieku kopia De re coquinaria, sławnej książki kucharskiej z czasów imperium rzymskiego, napisanej przez Apicjusza w I wieku naszej ery. Mogłaby przygotować kochankowi prawdziwy rzymski posiłek: isicia omentata, czyli kotleciki wołowe z orzeszkami piniowymi, pullus fi usilis, faszerowanego kurczaka z ziołami, i tiropatinam, omlet z miodem. Wytłumaczyłaby, że jedzą w domu, bo jest sierpień. Wszystkie najlepsze restauracje są zamknięte. Nie próbuje niczego zmieniać w ich relacji. Chodzi wyłącznie o względy praktyczne, poza tym Sara uwielbia gotować. Zrozumiałby albo przynajmniej by nie protestował.

– Apicjusz? – odezwał się ktoś za jej plecami, tak niespodziewanie, że się wzdrygnęła.

Odwróciła głowę i zobaczyła Guida Fratellego uśmiechającego się z typowym dla niego uporem. Nie ucieszyła się na jego widok, ale próbowała odwzajemnić uśmiech. Służył w Gwardii Szwajcarskiej; pojawiał się za każdym razem, kiedy Sara przychodziła. Wiedział – lub się dowiedział – o jej pracy w bibliotece wystarczająco dużo, by móc zagaić rozmowę. Był mniej więcej w jej wieku, zaczynał tyć i trochę za bardzo lubił swój późnośredniowieczny niebieski mundur i czarną skórzaną kaburę. Jako quasi-glina poza Watykanem nie miał żadnej władzy, a i w Watykanie tylko w spokojniejszych rejonach. Plac Świętego Piotra, jedyne, prawdę mówiąc, miejsce, gdzie zwykle potrzebowano interwencji, kontrolowali rzymscy policjanci. Należeli do innego gatunku, w niczym nie przypominali tego cichego, nieco lękliwego indywiduum. Gdyby Guido Fratelli musiał uganiać się za pijakami i ćpunami po dworcu Termini, nie przetrwałby nawet doby.

– Nie słyszałam, jak pan wchodził – powiedziała z nadzieją, że odbierze to jako delikatny wyrzut. W czytelni nie było nikogo oprócz niej. Ceniła sobie ciszę i nie chciała zakłócać jej rozmową.

– Przepraszam. – Poklepał broń przy pasku; irytujący nieświadomy gest. – Musimy umieć poruszać się cicho jak koty. Nigdy nie wiadomo.

– Oczywiście – przytaknęła.

Jeśli dobrze pamiętała, w ciągu ostatnich dwustu lat w Watykanie popełniono trzy morderstwa: w 1988 roku, kiedy zazdrosny kapral zastrzelił nowego dowódcę Gwardii Szwajcarskiej i jego żonę, oraz w 1848, gdy watykański minister sprawiedliwości został zamordowany przez swojego przeciwnika politycznego. Skoro tłumami na placu zajmowała się policja miejska, Guido Fratelli mógł się obawiać co najwyżej ambitnych włamywaczy.

– To coś innego niż zwykle? – zapytał.

– Mam różne zainteresowania.

– Ja też.

Spojrzał na manuskrypt. Tom przyszedł w bibliotecznym pudełku z nazwą wypisaną dużymi czarnymi literami na froncie; stąd Guido wiedział, co Sara czyta. Zawsze szukał pretekstu o rozmowy, nieważne, jak byłby wątły. Może wyobrażał sobie, że to rodzaj pracy detektywistycznej.

– Uczę się greki, jak pani wie.

– To po łacinie. Proszę spojrzeć na litery.

Wyglądał na bardzo rozczarowanego.

– Och. Myślałem, że pani zajmuje się greką. Zazwyczaj.

– Zazwyczaj.

Widziała rozpacz na jego twarzy. Nie mogła powstrzymać rozbawienia. Myślał pewnie: „Muszę nauczyć się obu?”.

– Może kiedyś pani oceni, jak sobie radzę?

– Może kiedyś. Ale nie teraz, Guido. Jestem zajęta.

Biurko stało prawym bokiem do wysokiego okna. Odwróciła wzrok, spojrzała na ogród; w szybie zobaczyła długie ciemne odbicie gwardzisty. Guido nie zamierzał łatwo się poddać.

– Okej – powiedział do jej odbicia, odwrócił się i zszedł na dół do głównego wejścia.

Usłyszała śmiech z długiej galerii piętro niżej. Po bibliotece kręcili się turyści; ci, co mieli wystarczająco duże wpływy, by zdobyć przepustkę do tych prywatnych pomieszczeń. Czy zdawali sobie sprawę, jakie mają szczęście? W ciągu ostatnich kilku lat, zarówno ze względu na swoje wykłady o początkach chrześcijaństwa na uniwersytecie, jak i dla własnej przyjemności, Sara spędzała w Bibliotece Watykańskiej coraz więcej czasu i rozkoszowała się zdumiewającym bogactwem jej zbiorów. Dotykała rysunków i wierszy, które wyszły spod ręki Michała Anioła. Czytała listy miłosne Henryka VIII do Anny Boleyn i podpisany przez niego egzemplarz traktatu Assertio septem sacramentorum, który zyskał mu tytuł obrońcy wiary, ale nie zatrzymał go w Kościele.

Z profesjonalnego punktu widzenia główny przedmiot jej zainteresowania stanowiły dawne teksty – bezcenne kodeksy i inkunabuły. Mimo to nie umiała się powstrzymać, by nie rzucić okiem na dzieła powstałe w średniowieczu i później. Przeglądając je, odnosiła wrażenie, jakby Petrarka i Tomasz z Akwinu osobiście do niej mówili. Ich głosy trwały jak martwe echa w suchym welinie i wiekowych plamach atramentu, które zostawili na stronach. Te ślady czyniły ich ludzkimi; i mimo całej swojej mądrości i daru słowa bez człowieczeństwa byliby niczym, choć Hugh Fairchild prawdopodobnie by się z tym nie zgodził.

Przy wejściu rozległ się jakiś hałas, urwany krzyk, niezbyt głośny, ale niepokojący ze względu na okoliczności. W czytelni Biblioteki Watykańskiej nikt nigdy nie krzyczał. Podniosła głowę i z zaskoczeniem rozpoznała zbliżającą się postać. Szedł energicznie przez smugi ostrego światła wpadającego przez okna, z bezwzględną determinacją, która w tym otoczeniu wydawała się nie na miejscu. Zaszumiała klimatyzacja. Sarę owionęło chłodne powietrze, wzdrygnęła się. Spojrzała jeszcze raz. Stefano Rinaldi, jej kolega z uniwersytetu, kroczył stanowczo przez pustą czytelnię z wielką wypchaną reklamówką. Na jego okrągłej brodatej twarzy malował się wyraz, którego Sara nie potrafiła rozpoznać: gniew albo strach, albo i jedno, i drugie. Ubrany był jak zawsze, ale czarną koszulę i czarne spodnie miał pogniecione i poplamione. Wbił w nią spojrzenie.

Nie wiedzieć czemu poczuła, że boi się tego mężczyzny, którego przecież trochę znała.

– Stefano… – powiedziała cicho, tak cicho, że chyba nie mógł usłyszeć.

Za jego plecami wzbierało zamieszanie, ludzie biegli i machali rękami. Mężczyzna w czerni w prawej dłoni trzymał dziwną wypchaną reklamówkę, a w lewej coś jeszcze dziwniejszego: broń, mały czarny pistolet. Stefano Rinaldi, człowiek, który nigdy się nie złościł, który kiedyś nawet trochę ją pociągał, szedł prosto na Sarę z bronią w ręku, a ona nie potrafiła wyobrazić sobie żadnego wytłumaczenia, żadnej mogącej to wyjaśnić sekwencji zdarzeń.

Sięgnęła w bok, złapała krawędź biurka i zaczęła je odwracać. Stare drewno zapiszczało na marmurowej podłodze jak cierpiące zwierzę. Ciągnęła, aż jej plecy zatrzymały się na szybie, a krawędź blatu dotknęła jej piersi; siedziała teraz zasłonięta biurkiem, jakby wierzyła, że musi tu zostać i stawić czoła Stefanowi i że przedpotopowy mebel ze średnio wieczną kopią rzymskiej książki kucharskiej i laptopem stanowi ochronę przed zbliżającym się niezrozumiałym zagrożeniem.

Potem, szybciej niż się spodziewała, już tam był, dyszał jej nad głową, a jego ciemnobrązowe oczy lśniły szaleństwem wyraźniej niż kiedykolwiek.

Usiadł na krześle naprzeciwko i spojrzał na nią badawczo. Sara poczuła, że trochę rozluźniają jej się mięśnie. Już się nie bała. Nie przyszedł po to, by ją skrzywdzić. Miała co do tego absolutną pewność, której nie potrafiła wyjaśnić.

– Stefano… – powtórzyła.

Za jego plecami zbierali się ludzie. Dostrzegła wśród nich Guida Fratellego. Czy Guido umie strzelać? – pomyślała. Czy może się tak niefortunnie złożyć, że Sara zginie dziś od zbłąkanej kuli niedoświadczonego gwardzisty celującego drżącą ręką w jej byłego kochanka, który z jakiegoś powodu oszalał w najszacowniejszej bibliotece Rzymu?

Lewą dłonią, tą, w której trzymał broń, Stefano zmiótł z biurka wszystko, co na nim leżało. Bezcenny tom Apicjusza i jej drogi laptop spadły z łoskotem na marmurową posadzkę.

Milczała, czekała; jego spojrzenie zdawało się mówić, że właśnie tego od niej oczekuje.

Uniósł reklamówkę nad biurkiem, odwrócił do góry dnem i pozwolił, by jej zawartość wypadła na blat, a potem rozkazującym, na wpół szalonym, na wpół martwym głosem powiedział donośnie:

– Krew męczenników jest nasieniem Kościoła!

Spojrzała. To, co wypadło na stół, miało konsystencję wilgotnego świeżego welinu, jakby właśnie wypłukanego. Apicjusz pisał na czymś bardzo podobnym, tyle że suchym.

Nie wypuszczając pistoletu, Stefano zaczął rozwijać przed nią tę elastyczną rzecz i rozciągał ją, aż zakryła cały mahoniowy blat, zwiesiła się przez krawędzie i przyjęła kształt znajomy, ale w tym kontekście obcy.

Sara powstrzymała się od zamknięcia oczu i zmusiła do skupienia się na tym, co widzi. Przedmiot, który Stefano Rinaldi ostrożnie wygładzał otwartą dłonią jak obrus na sprzedaż, był ludzką skórą; jasną, lekko opaloną skórą, mokrą, jakby ją niedawno umyto. Odcięto ją nierówno przy szyi, genitaliach, nadgarstkach i kostkach, ostatnie cięcia przeszły po kręgosłupie i tyłach nóg, i zdjęto w jednym kawałku. Sara musiała zwalczyć chęć dotknięcia tego czegoś, żeby się upewnić, że to nie sen, żeby po prostu w i e d z i e ć.

– Czego chcesz? – zapytała najspokojniej, jak umiała.

Brązowe oczy spojrzały na nią, a potem się odwróciły. Stefano bał się tego, co robi, wyczuwała w nim przerażenie, ale też determinację. Był inteligentnym mężczyzną, nie upartym, po prostu skupionym na swojej pracy, czyli, teraz sobie przypomniała, przede wszystkim na Tertulianie, wczesnochrześcijańskim teologu i polemiście, którego słynne twierdzenie właśnie zacytował.

– Kim są męczennicy, Stefano? – zapytała. – Co to znaczy?

W tej chwili był przy zdrowych zmysłach. Widziała to wyraźnie w jego oczach, stały się spokojne. Myślał, zastanawiał się nad rozwiązaniem.

Nachylił się ku niej.

– Ona wciąż tam jest, Saro – powiedział ze znajomą nikotynową chrypką, ale bardzo cicho, jakby nie chciał, żeby usłyszał go ktokolwiek inny. – Musisz iść. Spójrz na to. – Wpatrywał się w skórę na stole. – Nie odważyłbym się… – Na jego twarzy malowało się przerażenie, które w tych okolicznościach wyglądało groteskowo. – Pomyśl o Bartłomieju. Musisz wiedzieć.

Potem, dużo głośniej i znowu tym szalonym głosem, powtórzył słowa Tertuliana:

– Krew męczenników jest nasieniem Kościoła.

I z wyrazem zagubienia w poczerniałych nagle oczach podniósł pistolet i wycelował krótką wąską lufę w jej twarz.

– Na ziemię! – krzyknął gwardzista. – Na ziemię!

Guido był idiotą. Sara instynktownie to wyczuwała; wiedziała, że nie mógł odebrać i zrozumieć tej sceny tak jak ona.

– Nie! – krzyknęła do obu mężczyzn, unosząc dłoń, i ku swojemu przerażeniu znowu zobaczyła wycelowany w nią pistolet; teraz mierzył wyżej. – Wy obaj! Przestańcie!

Guido krzyknął, w jego głosie słychać było strach i gniew. Nie panował nad sobą. Stefano wpatrywał się w nią ponurymi, pustymi oczami. Jego spojrzenie miało w sobie tyle śmiertelnego fatalizmu, że zrobiło jej się zimno.

– Pospiesz się – wyszeptał bezgłośnie.

– Nie róbcie tego – jęknęła, choć wiedziała, że to nic nie da.

Guido strzelił. Pomieszczenie wypełniło się dźwiękiem, który boleśnie eksplodował w jej uszach. Czaszka Stefana Rinaldiego pękła, krew i tkanki trysnęły wściekłym strumieniem. Guido nie miał odwagi dotknąć leżącego na podłodze ciała; tańczył wokół niego, a broń podskakiwała w jego dłoni, jakby żyła własnym życiem.

Sara opuściła powieki i wsłuchała się w wystrzały, w świst kul przelatujących przez czytelnię, cichą czytelnię, mieszczącą w sobie tyle wspaniałości, które pokochała.

Potem otworzyła oczy. Stefano leżał nieruchomo na podłodze. Jeden z ochroniarzy stał nieopodal, krzywił się i trzymał za brzuch, jak gdyby bał się tego, co może się z niego wyślizgnąć.

Patrzyła na Stefana. Leżał na podłodze, z głową opartą na średniowiecznej kopii Apicjusza, a jego gęsta czarna krew plamił jej strony.

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku