„Nie ma rzeczy niemożliwych” – wywiad z Magdaleną Madeją

Obrazek artykułu
Wywiad z Magdaleną Madeją, autorką szczerego wyznania zawartego w książce „Łóżeczko, z którego wyjęłam miłość. Adopcja chorego dziecka zmieniła nasze życie”.

Magdalena Madeja z pewnością jest osobą niezwykłą. Swego czasu, pomimo obaw, zmieniła bowiem wszystko w swym życiu, by adoptować niepełnosprawnego Alanka. W tworzeniu wyjątkowej, pełnej empatii rodziny pomógł autorce jej mąż i synowie.


„Łóżeczko, z którego wyjęłam miłość. Adopcja chorego dziecka zmieniła nasze życie” to książka, w której Magdalena Madeja dowodzi na własnym przykładzie, że adopcja niepełnosprawnego dziecka to dar, który owocuje miłością.


Pani Magdo, z pewnością jest Pani wyjątkową osobą, która zmieniła swoje życie w imię miłości do niepełnosprawnego dziecka. Była Pani przecież czynną zawodowo, spełnioną pielęgniarką pracującą na Oddziale Intensywnej Terapii oraz na bloku operacyjnym. Czy obecnie tęskni Pani jeszcze za pracą i kiedyś zamierza do niej wrócić?


Oczywiście, bardzo tęsknię. Wojewódzki Szpital Zespolony w Elblągu był moim drugim domem. Do dziś dnia mam kontakt z moim oddziałowym, przyjaciółmi, z którymi spędziłam tam wiele lat. Czasami zdarza się nawet, że na ulicy rozpoznają mnie moi byli pacjenci. To bardzo miłe doświadczenie. Kocham swoją pracę. Pielęgniarstwo, chęć opieki nad słabszymi, płynie już chyba w mojej krwi. Zamierzam wrócić do pracy za rok, kiedy Alanek pójdzie do przedszkola. Obecnie jednak, mimo tęsknoty nie żałuję decyzji o odejściu od łóżek pacjentów. W domu widzę owoc naszej pracy. Alanek jest dziś moją nagrodą.


Nie da się ukryć, że swego czasu, wraz z mężem stanęła Pani w centrum zainteresowania elbląskich oraz ogólnopolskich mediów. Wiele osób nadal kojarzy Panią, jako: „tą kobietę, która wzięła dziecko, któremu nikt nie dawał szansy”. A jaka naprawdę jest Magdalena Madeja, która przecież jest nie tylko matką, ale i kobietą, która na pewno ma marzenia i zainteresowania?


To chyba najtrudniejsze pytanie. Mówienie o sobie nie jest proste. Jestem po prostu mamą, żoną, córką, siostrą, przyjaciółką. Jestem taka sam, jak każdy z nas. Miewam kompleksy, bywam zmęczona, szczęśliwa, smutna, zwariowana. Sądzę, że należę do grupy osób, które zawsze myślą pozytywnie. Czarnowidztwo nie jest dla mnie. Przyjaciele twierdzą, że jestem silna psychicznie, rodzina uważa mnie za upartą w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jeśli chodzi o moje marzenia to, jest ich kilka: Zapewnić dobrą przyszłość moim synom, marzy mi się dodatkowa praca na onkologii dziecięcej, pragnę by mój ebook „Łóżeczko, z którego wyjęłam miłość” wpłynął pozytywnie na, chociażby jedną rodzinę, która tak samo, jak my, pokocha dziecko z niepełnosprawnością, dając jemu prawdziwy dom. Marzę o wycieczce do Chin o remoncie pokoi w domu. Marzę o wakacjach w górach. Osobiście lubię marzyć, to działa na mnie motywująco.


Za każdym razem, gdy było Pani dane opowiadać o miłości do Alanka i opiece nad nim, podkreślała Pani, jak wielkim wsparciem zawsze jest dla Pani mąż. Czy uważa Pani, że bez niego i dojrzałości państwa dzieci cała ta niezwykła historia mogłaby się wydarzyć?


Jestem tego pewna, że bez ich udziału, nasza historia nawet by się nie zaczęła. To mąż był inicjatorem tematu adopcji trzeciego dziecka. Co też pchnęło mnie do pełnienia funkcji rodziny zastępczej. Nasi synowie od zawsze uczeni byli empatii. Dla nich pomoc słabszym jest sprawą oczywistą. Jednak ich zaangażowanie w małego braciszka było dla mnie czymś wyjątkowym. To jest silna więź braterska. Takiej nic nie jest w stanie zniszczyć.


Niedawno ukazała się książka Pani autorstwa „Łóżeczko, z którego wyjęłam miłość. Adopcja chorego dziecka zmieniła nasze życie”. Jest to bardzo szczera opowieść  skierowana przede wszystkim wszystkich do przyszłych kandydatów na rodziny zastępcze, czy rodziny adopcyjne. Na jakie informacje mogą oni liczyć?


Założeniem mojej książki było przekazanie informacji od podstaw. Skąd pomysł o rodzicielstwie zastępczym, później o adopcji? Wspominam o sądach, o pracodawcy, reakcji otoczenia, formach terapii, leczenia, naszych obawach, silnych emocjach, reakcji naszych dzieci biologicznych na nową sytuację. Opisałam wszystko, co miało wpływ na naszą przemianę i tego malutkiego, bezbronnego chłopca bez rokowań na przyszłość. Chciałam pokazać, że tak samo my, jak i każdy kandydat byliśmy kiedyś po tej samej stronie.


W książce wspomniała Pani, że obawiała się adopcji, o której jako pierwszy myślał Pani maż. To przecież odważny i wymagający skrajnej odpowiedzialności krok, szczególnie w przypadku dziecka niepełnosprawnego. Czy dziś po latach, byłaby Pani w stanie przekonać rodziców rozważających podobną decyzję, że nie ma się czego bać?


Jesteśmy rodzicami trzech synów w tym jeden adopcyjny z niepełnosprawnością. Pełnimy też funkcję rodziny zastępczej. Dlatego odważę się użyć sformułowania, że opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnością to najwdzięczniejsza forma miłości, która mnie spotkała. Czasami porównuje się do ogrodnika, który mimo suszy mocno wierzy, że jego ogród wyda plon. Wiara, determinacja, miłość i oddanie są niczym konewka z wodą, którą dzień w dzień podlewam moje kwiatki. Każdego dnia widzę nowe pąki. Z dnia na dzień mój ogród staje się coraz to bardziej kolorowy. Czego się zatem bać? Przecież nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko jest w naszych głowach. Nie bez znaczenia mówi się, że co zasiejesz, to wraca.


Jak wiadomo, wile osób nie wyobraża sobie przygarnąć i pokochać dziecka, szczególnie jeśli jest ono chore. Jak Pani myśli, z czego to wynika? I czy  naprawdę każdy mógłby sprawować pieczę zastępczą?


Przyjęcie dziecka nie jest  łatwą decyzją. Sama miałam sporo wątpliwości, zanim zdecydowaliśmy się na kurs rodzin zastępczych. Nie byłam gotowa na adopcję. Również zastanawiałam się, czy będę umiała kochać, czy będę w stanie pomóc dziecku po przejściach? Czy moi synowie na tym nie ucierpią? Bałam się o swoją pracę, o to, że trafi chore dziecko. To są dylematy, przed którymi chyba wielu kandydatów stoi. Sądzę, że to, co nieznane, zawsze wzbudza pewien niepokój i lęk.

Czy każdy mógłby sprawować pieczę zastępczą? Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie czy MOPS , organizując kurs na rodziny zastępcze, zawsze sprawdzają, kim jest kandydat. Zaświadczenie o niekaralności, stan zdrowia i inne wymogi, muszą być spełnione. Przeprowadzane są również badania z psychologiem. Nie jest to mocno obciążające dla kandydata, ale konieczne. Z tego, co wiem, mogą to być również osoby samotne, o ile spełniają powyższe ustawowe wytyczne. Kurs nie trwa długo. Dla mnie i mojego męża, udział w nim, to była czysta przyjemność.


Książka mówi również o potrzebach samotnych dzieci z niepełnosprawnością. To przykre, ale takich porzuconych dzieciaczków są tysiące. Czy ma Pani nadzieję, że ta książka pomoże zdecydować jakiejś rodzinie, by odmienić los choć jednego z nich?


Tak jak w moich marzeniach… Niech się spełnią.


Pozostaje zapytać, czy z czasem pojawią się publikacje o podobnej tematyce?


Obecnie jestem w trakcie pisania dalszej części książki, bogatsza o nowe doświadczenia, którymi również pragnę się podzielić. Liczę, że publikacji o adopcji dzieci z niepełnosprawnością będzie coraz więcej. Niestety, dziś mało się czyta o tego rodzaju miłości, … a szkoda. Bo naprawdę warto.


Kończąc, należy podziękować za udzielone odpowiedzi i zapytać, czego można życzyć Pani na +przyszłość?


Życzyłabym sobie, by mój ogród zawsze kwitł. By wiara, determinacja, miłość do drugiego człowieka przekazywana była z pokolenia na pokolenie. By silniejsza gałązka, słabszą w górę ciągnęła. By każda z nich pięła się na szczyt. Dziękuję.

 

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku

Partnerzy

Subiektywnie o książkach
Dwumiesięcznik SOFA
Wydawnictwo Psychoskok
Wydawnictwo MG
Kuźnia Literacka
Zażyj Kultury
Fundacja  Polonia Union
Kulturalne rozmowy