Nic Pizzolatto „Galveston”

Obrazek artykułu
Fani mrocznych klimatów powinni być zainteresowani faktem, że ukazała się powieść twórcy serialu „True Detective”, Nica Pizzolatto” w przekładzie Marcina Wróbla.

Bohater Roy Cady, najgorszy wróg dłużników w Nowym Orleanie  radzi sobie świetnie, pomimo niecieszącego się sympatią fachu. Jego drugie imię brzmi jednak skuteczność i trudno się dziwić skoro dwumetrowe ciało podkreśla metalową pałką. Ponieważ jednak życie lubi zaskakiwać i Roy musi przekonać się, że na każdego znajdzie się sposób. Wiadomość o śmiertelnej chorobie zmienia diametralnie codzienność podobnież jak fakt, że podczas rutynowej kontroli dał się złapać w pułapkę. Przychodzi czas na rozliczenie z demonami przeszłości, a droga przez zakątki amerykańskiego Południa, najbardziej obskurne speluny i hotele nie będzie przyjemna nawet przez moment.


Fani sensacji z pewnością będą zachwyceni próbując wraz z Royem odkupić grzechy.


Fragment z książki:

 

Lekarz prześwietlił mi płuca. Szalała w nich zamieć śnieżna. Wyszedłem z gabinetu do poczekalni pełnej ludzi, na ich twarzach widziałem ulgę, że nie są mną. Już parę dni temu wiedziałem, że coś nie gra, bo kiedy przez dwa piętra goniłem po schodach jednego gościa, czułem się, jakby ktoś położył mi na piersiach sztangę. Od paru tygodni nie przestawałem chlać, ale to było coś innego. Ostry ból sprawił, że z wściekłości złamałem kolesiowi rękę. Później poszedł naskarżyć Stanowi, że jego zdaniem przesadziłem. Ale to właśnie dlatego mam u niego robotę. Że przesadzam. Powiedziałem Stanowi o tym kłuciu, a on wysłał mnie do lekarza, który wisiał mu jakieś czterdzieści kawałków. Przed przychodnią wyjąłem fajki z kieszeni i zacząłem zgniatać paczkę, ale uznałem, że to jeszcze nie pora na rzucanie. Zapaliłem, ale papieros zupełnie mi nie smakował, myślałem o bawełnianych kłębkach w moich płucach. Mijały mnie powoli samochody i autobusy, od ich szyb i karoserii odbijały się promienie słońca. W ciemnych okularach czułem się jak na dnie morza, pojazdy były rybami.

Wyobraziłem sobie o wiele mroczniejsze, chłodniejsze miejsce, ryby zmieniły się w cienie. Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk klaksonu. Podszedłem do krawężnika i wezwałem taksówkę.

Przypomniałem sobie Loraine, dziewczynę, z którą kiedyś chodziłem, i pewną noc na plaży w Galveston, gdzie rozmawialiśmy aż do świtu i gapiliśmy się na białe smugi dymu z kominów odległej rafinerii, snujące po niebie niczym droga na słońce. Musiało minąć jakieś dziesięć, jedenaście lat. Chyba zawsze była dla mnie za młoda. Gotowałem się ze złości jeszcze przed prześwietleniem, bo Carmen, panienka, o której sądziłem, że jest ze mną, zaczęła sypiać z moim szefem, Stanem Ptitkiem. Jechałem właśnie się z nim zobaczyć w jego knajpie. W sumie bez sensu. Ale nie przestaniesz być sobą tylko dlatego, że masz w płucach chmurę płatków mydlanych. Choć nie ma szans, żeby wyjść z tego cało, zawsze chce się odroczyć termin. Nie zamierzałem mówić Stanowi, Angelowi ani Lou o swoich płucach. Żeby o tym nie gadali pod moją nieobecność, stojąc przy barze. Żeby się nie śmiali.

Usmarowana szyba taksówki, za nią zbliżające się centrum. Niektóre miejsca otwierają się przed ludźmi, ale nie Nowy Orlean. To miasto jest jak zatopione kowadło, otoczone własną atmosferą. Promienie słoneczne strzelały spomiędzy budynków i dębów, czułem na twarzy światło i cień, coś jak stroboskop. Pomyślałem o tyłku Carmen i o tym jej uśmiechu rzucanym przez ramię. Wciąż o niej myślałem, co nie miało sensu, wiedziałem, że to zdzira bez serca. Zanim zaczęliśmy, była z Angelem Medeirasem. Odbiłem mu ją, powiedzmy. A teraz jest ze Stanem. Angelo również dla niego pracuje. Poczucie zniewagi ukoiła myśl, że Carmen za plecami Stana puka się pewnie z paroma innymi kolesiami. Starałem się wykombinować, komu mógłbym powiedzieć o płucach. Chciałem z kimś pogadać. Sami przyznajcie, że to dość gówniana wiadomość, zwłaszcza jeśli ma się coś do załatwienia.

Miejscówka Stana – tak nazywała się knajpa, ceglany budynek z blaszanym dachem, kratami w oknach i poobijanymi stalowymi drzwiami. W środku czekali już Lou Theriot i Jay Meires oraz paru gości, których nie znałem, jakieś stare dziady. Barman miał na imię George. Do lewego ucha napchał sobie waty. Kiedy zapytałem go o Stana, wskazał głową schody prowadzące wzdłuż ściany do biura. Drzwi były zamknięte, usiadłem więc przy barze i zamówiłem piwo. Potem sobie przypomniałem, że przecież umieram, i zmieniłem zamówienie na niebieskiego walkera. Lou i Jay gadali o kłopotach z jednym bukmacherem. Wiedziałem, o co chodzi, po dwudziestce sam kilka lat dorabiałem w tym interesie i znałem tę gadkę. Gdy się zorientowali, że słucham, zamilkli i spojrzeli na mnie. Nie uśmiechnąłem się ani nic. Ściszyli głosy i pochylili głowy, żebym nie mógł słyszeć. Zawsze mieli mnie w nosie. Wiedzieli, że Carmen pracowała tu jako kelnerka, zanim spiknęła się ze Stanem, i myślę, że mają o to do mnie jakieś pretensje. Nie lubili mnie również dlatego, że niezbyt się wpasowałem do ekipy. Stan dostał mnie w spadku po Samie Ginie, swoim byłym szefie, a Sam dostał mnie w spadku po Harperze Robicheaux, i to głównie moja wina, że ci goście nie potrafili mnie tak do końca zaakceptować. Cechowało ich makaroniarskie wyczucie stylu – dresy lub koszule z podwiniętymi rękawami i przylizane fryzury – a ja zwykle nosiłem czarne koszulki, dżinsy i kowbojskie buty, nie miałem też zamiaru golić brody ani przycinać dłuższych z tyłu włosów. Nazywam się Roy Cady, ale Gino kazał innym mówić na mnie Heston, na cześć Charltona Hestona z filmu Biały Kanion, i nadal to robią, ale bez uczucia. Pochodzę ze Złotego Trójkąta na wschodzie Teksasu, a ci goście mają mnie za prostaka, co mi pasuje, bo dzięki temu się mnie boją. Nigdy nie ciągnęło mnie do wspinaczki po szczeblach korporacyjnej drabiny. Ale zawsze układało mi się z Angelem. Przynajmniej do akcji z Carmen.

Nagle stanęła w drzwiach biura, poprawiając ubranie i odgarniając włosy. Na mój widok zamarła, ale tuż za nią pojawił się Stan, ruszyli więc razem na dół. On szedł za nią i poprawiał sobie koszulę. Schody skrzypiały. Zanim Carmen dotarła na parter, zdążyła odpalić papierosa. Podeszła do drugiego końca baru i zamówiła greyhounda. Zastanawiałem się nad jakąś błyskotliwą uwagą, ale musiałem ją zatrzymać dla siebie. Najbardziej wkurzało mnie to, że rozwaliła moją samotność. Przez długi czas dawałem sobie radę bez nikogo. Wiadomo, ruchałem, gdy zdarzyła się potrzeba, ale byłem całkiem sam.
A teraz jakby samotność przestała mi pasować. Stan skinął głową Lou i Jayowi, a potem podszedł bliżej i powiedział, że ma dla mnie i Angela robotę na wieczór. Musiałem się mocno spiąć, żeby okazać entuzjazm. Stan miał typowo polskie grube brwi, coś jak klif rzucający długi cień na jego malutkie oczka. Podsunął mi skrawek papieru. – Jefferson Heights – oznajmił.

– Odwiedzicie Franka Sienkiewicza. Pamiętałem to nazwisko. Przewodniczący, były przewodniczący albo prawnik związku pracowników portu. Ponoć władze federalne chciały poddać dokerów gruntownej kontroli, mówiło się, że mają być pokazowym celem. Związki utrzymywały się z przemytu różnych rzeczy dla partnerów Stana, ale to wszystko, co wiedziałem na ten temat.

– Tylko nikogo nie pokaleczcie – ostrzegł Stan.

– Nie potrzebuję teraz zadymy. Stał za mną i oparł mi dłoń na ramieniu. Nigdy niczego nie umiałem wyczytać z tych małych oczu ukrytych pod potężnymi nawisami brwi, ale sekret jego sukcesu krył się w twarzy pozbawionej litości – w szerokich słowiańskich kościach policzkowych i wąskich zaciśniętych ustach kozackiego jeźdźca. Jeśli Ruscy faktycznie mieli ludzi zdolnych wepchnąć komuś rozżarzony pręt w kutasa, byli to bez wątpienia goście pokroju Stanisława Ptitki.

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku