“Nad książką zawisło jakieś fatum...” - wywiad z Jerzym A. Masłowskim i Wojciechem M. Cegielskim - część I

Obrazek artykułu
Wywiad z Jerzym A. Masłowskim i Wojciechem M. Cegielkim, autorami powieści “Lucyfera”. Ta książka może zachwiać podstawami chrześcijaństwa. Zaprezentowano w niej bowiem śmiałe, podważające nauki Kościoła hipotezy.

“Lucyfera” to napisany z rozmachem thriller psychologiczny. Nie można jednak zapomnieć, że inspiracją do napisana książki stały się ważne dokumenty historyczne oraz dzieła kultury. Autorzy zdradzili, że od momentu, gdy zdecydowali się napisać książkę i poruszyć w niej “zakazane tematy” zaczęły mieć miejsce trudne do wytłumaczenia zdarzenia.


Ponieważ Czytelniczki i Czytelnicy z pewnością chcieliby bliżej Panów poznać, na początek poproszę, by Panowie się przedstawili. Proszę zdradzić, czym się zajmujecie na co dzień i jaki pasjom poświęcacie wolny czas?


Jerzy zawodowo zajmuje się pisaniem: jest dziennikarzem, autorem tekstów piosenek, sztuk teatralnych, opowiadań i innych form literackich. Wojciech jest psychologiem, na co dzień związany z branżą reklamy, w wolnych chwilach pisuje felietony i artykuły o tematyce społecznej i politycznej. Obaj mamy podobne zainteresowania: filozofia, religioznawstwo, parapsychologia, architektura, sztuka, podróże. Nawet muzykę lubimy identyczną (jazz, rytmy latynoskie, flamenco, fado); ciekawostką może być to, że obaj nie lubimy muzyki klasycznej, operowej i disco-polo. Ponadto pasją Jerzego jest filozofia, medycyna i kuchnia chińska (wiele lat temu uczył się medycyny chińskiej, otrzymał nawet certyfikat lekarza – naturalisty, napisał bestseller „Chwila dla urody, czyli starochińskie metody pielęgnacji ciała i ducha” oraz mnóstwo artykułów poświęconych tej tematyce. Pasją Wojciecha jest motoryzacja i historia kolejnictwa. Wolny czas spędzamy również podobnie: podróże dalekie i bliskie (lubimy chodzić po górach, jeździć na rowerach), lubimy teatr i występy muzyków, szczególnie jazzmanów. Jerzy lubi gotować, dlatego sporo czasu spędza w kuchni, poświęcając czas zarówno na przyrządzaniu potraw, jak i na eksperymentach kulinarnych (gotuje zgodnie z Teorią Pięciu Przemian). Wojciech z kolei lubi chodzić po salonach motoryzacyjnych i oglądać, niekiedy testować nowe modele aut.


Powieść „Lucyfera” posiada dwóch autorów. Jak doszło do tego, że Panowie się poznali i z czasem postanowili wspólnie przygotować książkę?


Znamy się od bardzo dawna. Obracamy się w podobnych środowiskach, mamy wspólnych znajomych. Pewnego razu, przebywaliśmy w Prowansji na zaproszenie przyjaciół – Polaków, którzy swego czasu wyemigrowali do Francji i osiedlili się w jednym z najpiękniejszych miast południa – Arles. To właśnie w Prowansji zaczęła się nasza wspólna przygoda z pisaniem. Pewnego dnia snuliśmy się po Aix-en-Provence – stolicy Prowansji. Jako że upał był wielki, postanowiliśmy odetchnąć w murach jednego z kościołów. Weszliśmy do najbliższego – kościoła św. Jana. I nie był to przypadek: znaleźliśmy tam malowidło, które zainspirowało nas do napisania książki. Na jednej z bocznych ścian, z dala od prezbiterium ujrzeliśmy obraz, który nas poruszył. Przedstawiał Maryję – matkę Jezusa, która trzymała na kolanach dzieciątko, czule je obejmując zaś jednocześnie, jedną ze swych stóp… deptała głowę innego dzieciątka, które było… bliźniaczo podobne do dzieciątka trzymanego na kolanach. Wówczas spojrzeliśmy po sobie i zadaliśmy sobie pytanie: „Czy Jezus miał bliźniaka?” Zrobiliśmy zdjęcie tego obrazu (sic!). Cały wieczór o tym rozmawialiśmy, zastanawiając się, co malarz chciał powiedzieć odbiorcom jego dzieła? Dlaczego dzieci są bliźniaczo podobne? Czy malarz (niepodpisany) był powiernikiem jakiejś tajemnicy i chciał ją zdradzić światu, używając zaskakującej metafory? Skoro jednak użył metafory, to tajemnica musiała być rzeczywiście wielka, tak wielka, że jej ujawnienie naruszyłoby status quo i doprowadziło do zamieszania w głowach wiernych. Wiedzieliśmy skądinąd, że w tamtych czasach (a więc w czasach dominacji Kościoła) wszelkie tezy, sugestie i myśli niezgodne z obowiązującą doktryną były tępione przez kapłanów, zaś osoba, która je głosiła, mogła spłonąć na stosie. Nic więc dziwnego, że artyści, chcąc coś przekazać, zwykle stosowali wybiegi, mówili metaforami i niedopowiedzeniami.


Czy malarz, którego obraz widzieliśmy, ukrył w swym malowidle sekret, który jedynie spostrzegawczy i znający ewangelie odbiorcy mogli odczytać? Gdy w kolejnych tygodniach zwiedzaliśmy inne miejsca Prowansji, wielokrotnie wracaliśmy do tego tematu, tym bardziej że wciąż trafiliśmy na malowidła, czy rzeźby dwóch bliźniaczo podobnych chłopców (zwykle w postaci aniołów). W tym czasie przypomnieliśmy sobie, że sam Leonardo da Vinci też swego czasu namalował zagadkowy obraz, który zamówili u niego zakonnicy Bractwa Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Gdy dzieło zostało ukończone i obraz trafił do zakonników, ci bardzo się oburzyli, widząc malowidło i nakazali, by Leonardo namalował drugą wersję, kierując się wytycznymi przeora (chodzi o obraz „Madonna wśród skał” – na pierwszej wersji pojawia się dwóch bliźniaczo podobnych chłopów i nie wiadomo, który z nich jest Jezusem, zaś druga, a więc poprawiona wersja ukazuje dwóch już niepodobnych do siebie chłopców). Warto przy okazji wspomnieć, że zakonnicy polecili Leonardowi zniszczyć pierwszą wersję i nikomu jej nie pokazywać.


Zadaliśmy sobie pytanie: Czy mistrz Leonardo też chciał przekazać światu jakąś tajemnicę? Czy obraz, który znaleźliśmy w kościele św. Jana i obraz „Madonna wśród skał”, mówią o tej samej tajemnicy? Po powrocie do kraju rzuciliśmy się w wir własnych zajęć i zapomnieliśmy o naszej hipotezie. Ale w czasie najbliższych Świąt Bożego Narodzenia wróciliśmy do tematu. Zaczęło się od żartu: Któryś z nas spytał: To ilu chłopców urodziła Maryja w Betlejem? Roześmieliśmy się i… postanowiliśmy wyjaśnić, czy jest możliwe, by Maryja powiła bliźnięta? Zaczęliśmy zgłębiać lekturę ewangelii, pism gnostyckich, apokryfów, także książek mówiących o historii chrześcijaństwa. Natychmiast zaczęły się pojawiać inne, związane z Jezusem pytania. Na przykład: Kim była Maria Magdalena i dlaczego w Prowansji jest świętą bardziej czczoną niż Maryja czy sam Jezus? Początkowo zamierzaliśmy napisać na ten temat duży artykuł, później książkę paranaukową, jednak pomyśleliśmy, że hipoteza, którą wymyśliliśmy warta jest szerszego upowszechnienia, dlatego zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie umieścić nasze pytania, wątpliwości i sugestie w powieści o wartkiej akcji. Wkrótce mieliśmy gotowe hipotezy, jednak mijały kolejne miesiące, a my jakoś nie mogliśmy się zebrać, by omówić przyszłą książkę. W tym samym czasie pojechaliśmy na północ Francji. W czasie podróży dopadły nas dziwne zbiegi okoliczności: dosłownie w każdym mieście Normandii (a widzieliśmy ich wiele) trafialiśmy na kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny albo kapliczkę z wizerunkiem tej świętej, nocowaliśmy nawet w hotelu znajdującym się na ulicy Marii Magdaleny. Pomyśleliśmy, że to znak, by w końcu zacząć pisać książkę. Podjęliśmy decyzję o ponownym odwiedzeniu Prowansji. Decyzję umocnił fakt, który nas rozbawił, ale też był kolejnym „znakiem”. Po powrocie z Normandi Jerzy odpakował płytę CD, którą kupił podczas niedawnego pobytu w Portugalii. Znajdowały się tam pieśni Fado. Ostatnia piosenka na płycie była o… Marii Magdalenie. Pomyśleliśmy, że święta z zaświatów domaga się, byśmy wreszcie zaczęli pisać książkę. Niebawem ruszyliśmy do Prowansji, by szukać kolejnych artefaktów na poparcie naszej heretyckiej hipotezy i zastanowić się, jak ciekawie poprowadzić powieść? Wyprawę rozpoczęliśmy oczywiście od Aix-en-Provence i kościoła św. Jana, gdzie poprzednim razem znaleźliśmy obraz Maryi z dwoma „bliźniakami”, który zainspirował nas do wymyślenia hipotezy. Zamierzaliśmy dokładniej obejrzeć obraz (poszukać na nim innych symboli) i porządnie go obfotografować (bo mieliśmy tylko jedno zdjęcie). Jakież było nasze zdumienie, gdy po wejściu do kościoła okazało się, że obraz… zniknął. Na jego miejscu wisiało zupełnie inne malowidło. Pomyśleliśmy, że obraz został przeniesiony albo jest w konserwacji. Poszliśmy do zakrystii i zapytaliśmy o obraz. Tam dowiedzieliśmy się, że… w kościele nigdy nie było takiego malowidła. Wówczas pokazaliśmy sfotografowany przed rokiem obraz, który mieliśmy na smartfonie, ale powtórzono nam, że w tym kościele nie było takiego obrazu i nie chciano z nami rozmawiać. Byliśmy zdezorientowani. Czyżbyśmy pomylili kościoły? Było to niemożliwe, bo pod zdjęciem mieliśmy podpis, skąd dzieło pochodzi. Tego dnia odwiedziliśmy wszystkie kościoły w mieście, ale nigdzie nie znaleźliśmy wspomnianego obrazu. Wróciliśmy więc do kościoła św. Jana, by porównać fakturę ścian na zdjęciu i w rzeczywistości (zdjęcie w smartfonie zostało zrobione tak, że widać było kawałek ściany, na której wisiał obraz – ujęcie nie było zamierzone, ale teraz mogło okazać się kluczowe). Okazało się, że kolor i faktura ścian na zdjęciu i ściany, które mieliśmy przed oczami, są takie same. Dlaczego więc w zakrystii nas okłamano? Może obraz był cenny, sprzedano go i chciano zatuszować sprawę? A może nie powiedziano nam prawdy z innych, daleko ważniejszych powodów?


Pomyśleliśmy, że jakieś „siły” zachęcają nas do napisania książki, inne zaś „siły” usiłują nam przeszkadzać. To było dodatkowym impulsem, by jak najszybciej zabrać się do pracy. Zjeździliśmy Prowansję, przeżywając masę różnych, często ocierających się o metafizykę przygód bezpośrednio i pośrednio związanych z tematyką, która nas tam przywiodła (brak miejsca, by je opisać). Po powrocie do kraju wzięliśmy się do pracy. Ale nad książką zawisło jakieś fatum, bo coś przeszkadzało nam w pracy. Pozycje, z dziedziny religioznawstwa, które zamawialiśmy w bibliotece, okazywały się niedostępne, na inne trzeba było długo czekać. Pozycje, które chcieliśmy kupić w Internecie, okazywały się niemożliwe do zdobycia. W połowie pisania powieści komputer, na którym była pisana, zepsuł się i tylko cudem, w wysoko wyspecjalizowanym serwisie udało się na chwilę ponownie go uruchomić; dzięki tej chwili odzyskaliśmy treść książki, później komputer poszedł na złom.


Przez wiele miesięcy nie mogliśmy dokończyć książki, bo obaj zaczęliśmy dostawać świetne i lukratywne propozycje zawodowe – wyglądało to tak, jakby jakieś „siły”, nie mogąc nas zwalczyć, chciały nas odciągnąć od ukończenia powieści, próbując obu przekupić. Jednak dokończyliśmy książkę. Gdy powieść została wydana, owe nieprzyjazne nam „siły” podjęły jeszcze jedną batalię przeciwko książce: wkrótce po wydaniu powieści wydawca zamknął wydawnictwo (wydał równolegle kilka innych pozycji, przeinwestował i ogłosił bankructwo) – nasza książka nie miała więc szansy na popularyzację i musiała poczekać na drugie wydanie i kolejnego wydawcę. Ale udało się.


Czy podział obowiązków związanych z przygotowywaniem publikacji nastręczał trudności? Czy pojawiały się jakieś zgrzyty, spory?


W czasie tworzenia książki podział obowiązków był oczywisty: wspólnie tworzymy hipotezy, weryfikujemy je na podstawie źródła historyczne, wymyślamy bohaterów i akcję. Wspólnie szkicujemy przebieg akcji (każdy z nas „opiekował” się swoimi bohaterami i czuwał nad ich ekspresją, językiem, itp.). Drugą część pracy, a więc przełożenie naszkicowanej treści na język literacki wykonał Jerzy (bo to jego zawód). Później było wspólne czytanie całości, poprawki, poprawki i poprawki… Choć na co dzień spieramy się i niekiedy mamy odmienny punkt widzenia na różne sprawy, to w czasie powstawania książki byliśmy nad wyraz zgodni.


Lucyfera” to świetnie napisany thriller psychologiczny, niemniej inspirowany ewangeliami, dziejami świętych i historią Kościoła. Czy trudno było pozyskiwać informacje?


Jak już wspomnieliśmy – na początku było łatwo, ale w miarę zgłębiania tematu „coś” przeszkadzało nam pozyskiwać kolejne pozycje i informacje. Niemniej udało się. Łatwo nie było, bo zależało nam, by wszystkie źródła były sygnowane nazwiskami, które są cenione wśród badaczy historii, a takie pozycje są zwykle wydawane w małych nakładach i trzeba się postarać, by je znaleźć. Niektórych pozycji, jak choćby polskojęzycznego wydania gnostyckiej Ewangelii wg Judasza, poszukiwaliśmy tygodniami, bo wspomnianej ewangelii ukazało się kilka różnych tłumaczeń, a nam zależało na jednym, którego w tym czasie nie było w sprzedaży. Ale i to w końcu się udało.


Dalsza, druga część wywiadu TUTAJ


Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku