Myślę, że każdy odnajdzie w książce coś „swojego” – wywiad z Wiolettą Milewską

Obrazek artykułu
Wywiad z Wiolettą Milewską, autorką dwuczęściowej powieści „Znaki życia”, która przesyła Czytelnikom mnóstwo pozytywnej energii.

Pani Wioletto, czytelnicy dopiero zaczynają Panią poznawać, dlatego na początek warto zapytać, czy zechce Pani choć pokrótce przedstawić swą osobę? Opowiedzieć o pracy, w której wykorzystuje Pani metody oparte na bioenergetyce oraz zdradzić co porabia na co dzień.


Jeśli zacznę mówić o pracy, to nie zostanie nam czasu na kolejne pytania, więc pokrótce: 


Mam szczęście, że moja praca jest tym, co mnie spełnia, rozwija i pozwala poznawać niezwykłych ludzi. Każdy człowiek jest niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju istotą. Z właściwą tylko sobie historią, wrażliwością i, oczywiście, pakietem problemów, nad którymi pracujemy, skoro już mówimy o tej sferze. Ogromną satysfakcję przynoszą mi momenty, gdy docieramy do źródła problemu.


Moja codzienność? Uwielbiam kontakt z naturą. Jeśli nie zajmuję się moim niewielkim ogrodem, to chodzę na długie spacery po lesie, do którego mam naprawdę blisko. Tu też mogę powiedzieć, że mam szczęście mieszkać w takim miejscu, choć to my sami kształtujemy naszą przestrzeń życiową. Gdy wciąż powtarzamy sobie, że z jakichś powodów nie możemy czegoś mieć lub gdzieś być, to nasza podświadomość spełni i takie marzenie.


Wszystkich pragnących bliżej poznać autorkę zapraszamy na stronę: www.warsztat-odnowy.eu

 

Wiele osób z pewnością będzie ciekawych, czym są i na czym polegają metody oparte na bioenergetyce, które wykorzystuje Pani w pracy terapeutycznej. Czy zechciałaby Pani pokrótce odpowiedzieć o tym i zdradzić, czy zdążyło się Pani wykorzystać je we własnym życiu?


Może na przykładzie:


Kiedy zaczynam sesję, proponuję odprężenie. Wykorzystuję tu metodę oddechową, ale to tylko nazwa. Wszystko wymaga nazwania i to brzmiącego co najmniej naukowo. Jest to po prostu seria głębokich, wyciszających oddechów. Mój – podobno ciepły – głos jest dodatkowym bodźcem. Jeśli widzę, że osoba jest wyjątkowo spięta – co jest normalne podczas pierwszej sesji, gdy właściwie nie wie, co będziemy robić - „pokazuję” bezpieczne miejsce. Używamy wizualizacji. Zdarza się, że przy pierwszym głębokim oddechu osoba zaczyna kasłać. W ten sposób odnajdujemy pierwszą blokadę energetyczną. Następnie szukamy zdarzenia, które za tym stoi. Pozbywamy się kolejnych zapisów/programów/kodów/blokad (tu też nazwa jest umowna). I co się dzieje? Osoba, która przez lata chorowała na astmę, zdrowieje. Nie zawsze jest to proste i wiąże się z uwolnieniem emocji. Może się okazać, że docieramy do zapisu, że w niemowlęctwie osoba ta była przyduszana poduszką przez nianię, a często takich aktów dopuszczają się nasi rodzice. Zapis zostaje na poziomie komórkowym. Możemy mieć alergię na pióra i nie wiemy dlaczego. Co ciekawe, gdy idziemy za informacją, okazuje się, że niania również była w ten sposób przyduszana. Nie pamięta tego, ale utrwalony zapis każe jej powtarzać czynność. Gdy nie ma zapisu, takie działanie jest niemożliwe. Nie istnieje w naszym zasięgu, więc nie możemy się go chwycić.


A może jeszcze coś na moim przykładzie. Zdiagnozowano u mnie SM. Statystycznie powinnam już jeździć na wózku :D  W takim przypadku ludzie postępują zwykle dwojako. Mówią sobie: „No dobrze, skoro już tak ma być...” albo „Ale jak? Ale skąd? A jakie są możliwości?...” Ja zaliczam się do tych zadających pytania. :D  W moim przypadku „programem” na SM było unieruchomienie w dzieciństwie. O tym, że sadzano mnie na nocniku - nie dla załatwienia potrzeby, ale bym nie przeszkadzała, kiedy zaczynałam chodzić - wiem z regresji. Poza tym pamiętam, że reakcją na moją dziecięcą aktywność, na dokazywanie, które jest przecież naturalne w tym wieku, było: „obsiądź”. Mój Obsiądź był skazańcem na krześle elektrycznym. Tak to zapisała podświadomość: skazanie na krzesło. Teraz mogę już o tym mówić z uśmiechem, ale w trakcie pracy nie obyło się bez emocji. Oczywiście, nikt nie wiedział, jakie skutki może mieć takie „obsadzanie”, i że to stanie się przyczyną programu na wózek inwalidzki. Podświadomość jednak do mnie mówiła, choć jeszcze jej nie słuchałam. Jest taka akcja zbierania nakrętek od butelek po napojach. Zbierałam je jeszcze przed diagnozą. Ktoś, kto nie miał pojęcia o akcji, zapytał mnie, po co zbieram nakrętki. Odpowiedziałam: „na wózek dla siebie”. Tak więc warto słuchać tego, co mówimy, bo czasem to podświadomość dochodzi do głosu.


Pracowałam również z moim perfekcjonizmem. Gdyby nie to, książka nie wyszłaby pewnie nigdy. Poprawiałabym ją w nieskończoność, a przecież w przyrodzie nic nie jest doskonałe i właśnie to jest wyjątkowe.


Spełnia się Pani w roli terapeutki, skąd więc pomysł, by sprawdzić się w roli pisarki? Jest to realizacja wcześniejszych marzeń, próba sił na nowym „terenie”, a może potrzeba, która niespodziewanie pojawiła się całkiem niedawno?


Na tym terenie postawiłam niegdyś czubki dużych palców stóp. :D W czasopiśmie młodzieżowym „Płomyk”, które chyba już nie wychodzi, opublikowano moje opowiadanie. Był to rok '88 lub '89. Tutaj jednak pierwszym zamysłem było napisanie publikacji naukowej. Potem wysnułam wniosek, że prawdopodobnie nie napiszę niczego, czego już ktoś by nie napisał. Musiałbym nawet powoływać się na cytaty innych ludzi. Wtedy pojawił się zamysł, by ująć to w formie powieści. Drugim kryterium było uwolnienie własnych emocji. W książce są wątki oparte na moich faktycznych przeżyciach lub historie znane z pracy. Ponieważ jedną z metod uwalniania negatywnych emocji jest pisanie listów do osób, które w naszym pojęciu nas zawiodły – może to być nawet Bóg – znane z radykalnego wybaczania chociażby, doszłam do wniosku, że mogę to zrobić, pisząc książkę.  


Dwutomowa powieść obyczajowa „Znaki życia” pozwoli nam poznać trzy niezwykłe kobiety mieszkające na terenie niewielkiej, mazurskiej wsi. Proszę zdradzić, jak narodził się pomysł na książkę bez tematów tabu, która obala stereotypy, dowodząc jak barwne i nieprzewidywalne potrafi być wiejskie życie?


Sama pochodzę z niewielkiej mazurskiej wsi. Dlatego też w takim miejscu osadziłam akcję książki. Często słyszę, że na wsi żyje się spokojnie, wszystko jest rytmiczne i przewidywalne. Inni widzą wiejskie życie jako niekończącą się sielankę, gdzie prace w gospodarstwie są zautomatyzowane, a kobiety zajmują się tylko domem. Nie twierdzę, że tak nigdzie nie jest. Często jest jednak i tak, że to kobieta utrzymuje dom, wychowuje dzieci, jest typową matką Polką, podczas gdy mężczyzna chadza na piwo. Ten stereotyp jest wciąż żywy. Owszem to się zmienia. Mężczyźni coraz częściej zajmują się pracami domowymi. Ale zwróć uwagę, jak o to pytamy: „Czy twój mąż pomaga ci w domu?” Zobacz, co się dzieje. Czy ktoś pyta mężczyznę: „Czy twoja żona pomaga ci w domu?” Mężczyzna jeszcze nie zajmuje się domem. On w tym ewentualnie pomaga. Możesz łatwo sprawdzić własne przekonania na ten temat. Wyobraź sobie gospodarza. Większość ludzi widzi pana na włościach. A teraz – gospodyni. Tu zwykle pojawia się obraz kobiety w kuchni. To są dwa różne poziomy. To nie jest szczęśliwy związek. To jest relacja pan-służka. Czy nie tak?


„Znaki życia” pozwolą nam poznać trzy niezwykłe bohaterki: Malwinę, która od lat zmaga się z uzależnieniem, Sylwie borykającą się z niepokojącymi objawami bólowymi oraz Wiktorię, której coraz trudniej odnaleźć się w rzeczywistości. Proszę zdradzić, czy doświadczenia zawodowe ułatwiły Pani tworzenie tych postaci? Możemy przecież stwierdzić, że w prawdziwym życiu każdą z pań moglibyśmy zachęcić do skorzystania ze wsparcia terapeuty.


I każda z nich skorzystała… W pewnym sensie. Każda z nich wzorowana jest na autentycznej postaci, mimo że te kobiety są pokazane jako reprezentantki pewnych wzorców zachowań. Każdej z bohaterek została przyporządkowana pewna sfera. Mamy tu zależność kat-ofiara, dawca-biorca, pan-sługa, choć, oczywiście, role te się przeplatają. Dokładnie tak samo jest w życiu. To, że tkwimy w roli sługi nie wyklucza, iż reprezentujemy inne wzorce zachowań. Są one nam „przypisane” i często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Powielamy zachowanie  naszych ojców, matek, babek, dziadków i innych osób, które wywarły na nas wpływ w dzieciństwie. Niektóre z tych przeżyć są moje – wspomniałam już choćby o stwardnieniu - , część zaobserwowałam, inne zostały wydobyte na światło dzienne podczas pracy na poziomie podświadomym, gdzie gromadzimy zapisy pamięci nawet sprzed urodzenia. Trudno było znaleźć jakąś wspólną przestrzeń dla trzech osób pochodzących z różnych obszarów, więc „zamieszkałam” je w jednej, małej społeczności.


Napisała Pani wielowątkową, wciągająca powieść obyczajową, która obala stereotypy, łamie tabu, wskazuje, jak skomplikowane bywają związki, jak samotnym można poczuć się nawet w grupie. Do tego mamy zaskakujące zwroty akcji, przestępstwo, a nawet wątki mistyczne. Czy dla Pani którykolwiek wątek ma szczególne znaczenie? Warto także zapytać, czy chciałaby Pani, by czytelnicy, na którykolwiek zwrócili szczególną uwagę?


Czytelnicy mogą nauczyć się pracować z własnymi wzorcami mającymi na nich negatywny bądź też destrukcyjny wpływ, do czego gorąco zachęcam. Malwina zadaje pytania i otrzymuje odpowiedzi. Nie ważne, jak nazwiemy tę instytucję. Dla jednych jest to Bóg, dla innych Źródło Wszystkiego Co Istnieje, Wyższe Ja czy nadświadomość. Czekajmy na odpowiedź. Wszyscy jesteśmy na pewnym poziomie świadomości, wobec tego wszyscy mamy zdolność komunikowania się z naszymi zapisami podświadomymi. Nie mamy do niej dostępu z poziomu tak zwanej dziennej świadomości, możemy to jednak uczynić poprzez nadświadomość, mającą kontakt z podświadomością. Zagmatwałam? Są tylko trzy. Czasami reagujemy emocjonalnie na błahą, jak się wkrótce przekonujemy, rzecz. Ta reakcja pochodzi z naszej przeszłości. Agresja, zawiść, przemoc, nienawiść, nie są naturalne. Gdy mamy łączność ze swoim wnętrzem, starczy zadać - na głos lub w myślach – pytanie. Na przykład: „Co doprowadziło mnie do tego stanu?” Ponieważ nasz umysł jest cudowną instytucją, nieraz nawet bez żadnego przygotowania, pokaże nam scenę, którą wyładowujemy z siebie podczas sytuacji podobnej do tej z przeszłości. Ponieważ jest to nic innego jak próba wyrzucenia z siebie jakiejś emocji tkwiącej w naszym ciele w postaci blokady. Natura pragnie, byśmy byli zdrowi, więc zmusza nas do tego. Czasem dość drastycznie. Co wtedy? Może zapłaczemy nad tym dzieckiem. Pozwólmy sobie na to. Dajmy mu odejść. Pożegnajmy się. Jego już nie ma. Jesteśmy już dorośli. Bywa i tak że trzeba czasu nim dojdziemy do wprawy, ale ważne jest, by pracować w spokoju, „gdy emocje już opadną” - jak śpiewał fantastyczny wokalista – ponieważ wtedy umysł pracuje na innej częstotliwości. Widzę Twoją minę, więc już nie rozszerzam tematu


Niektórzy czytelnicy nie zdążyli jeszcze sięgnąć po „Znaki życia”. Jak chciałaby Pani zachęcić niezdecydowanych do lektury?


Przesyłam Wam mnóstwo pozytywnej energii. Czujecie to? :D Myślę, że każdy odnajdzie w książce coś „swojego”. Nie chodzi mi o utożsamianie się z postaciami, choć to naturalne, że, czytając, to robimy. Ja robiłam. Byłam, naturalnie, na miejscu głównej bohaterki i wraz z nią przeżywałam jej historię. Możliwe, że znajdziecie pewne znane Wam wzorce postępowania i wkroczycie na drogę prowadzącą ku wewnętrznej przemianie. Byłoby wspaniale czuć, że przyczyniałam się do zmiany w czyimś życiu. Pozytywnej zmiany. Może ktoś zacznie pielęgnować związek. Związki należy pielęgnować. Prawić sobie komplementy, dziękować za drobnostki, dotykać z szacunkiem, głaskać po policzku. To są tak zwane głaski pozytywne. To jest naturalne. Jeśli tego nie robimy, to znaczy, że posiadamy blokady... no i znowu te blokady :D Tak zwane głaski negatywne nazywamy – nie bez przyczyny – kopniakami. Kiedy nie otrzymujemy pozytywnych głasków, bierzemy, niestety, co dają. To też ma swoje źródło w dzieciństwie. Ktoś, kto zaznał czułości, opieki, akceptacji ze strony rodziców, nie pozwoli na poniżanie siebie, bo zna inne traktowanie. Ktoś, kto zabiegał o uwagę rodziców, przyjmując postawę uległą, będzie kontynuował to w dorosłości, bo właśnie to jest „jego”. Znane. Bezpieczne w pojęciu tej osoby, skoro przeżyła.


Oczywiście warto także zapytać, czy z czasem doczekamy się kolejnych pozycji Pani autorstwa. Czytelnicy z pewnością chcieliby bowiem wiedzieć, czy „Znaki życia” to jedynie epizod, czy zaczątek dłuższej przygody?


Lubię słowo „przygoda”. Kojarzy mi się z szamanizmem. To ciekawe, bo właśnie mamy do czynienia ze zbiegiem okoliczności, czyli synchronicznością. Kahuni, czyli hawajscy szamani, nazywali siebie szamanami lubiącymi przygody. Zmierzam do tego, że na niedawnym seminarium określono mnie jako terapeutkę, uzdrowicielkę, szamankę. Może jest coś, o czym nie wiem. Bo, jak mówiłam, podświadomość mówi przez nas bardzo często, wystarczy tylko nauczyć się jej słuchać. :D Zainspirowałaś mnie tym pytaniem. Mówiłam już, że „Znaki życia” miały mieć 270 stron? Napisały się dwa tomy. Teraz pomyślałam o czymś przygodowym. Może to była podpowiedź.


Kończąc należy podziękować za udzielone odpowiedzi oraz zapytać czego życzyć na przyszłość?


Szczęścia i miłości, czego i Czytelnikom życzę. Przecież po to tu przychodzimy.

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku

Partnerzy

Subiektywnie o książkach
Dwumiesięcznik SOFA
Wydawnictwo Psychoskok
Wydawnictwo MG
Kuźnia Literacka
Zażyj Kultury
Fundacja  Polonia Union
Kulturalne rozmowy