„Książka nikogo nie pozostawi obojętnym” – wywiad z Anką Mrówczyńską

Obrazek artykułu
Wywiad z Anką Mrówczyńską, autorką polecanych przez środowisko psychologiczno-psychiatryczne autobiograficznych książek z cyklu „Młody bóg z pętlą na szyi”. Tym razem autorka udzieliła cennych rad na temat skutecznego rozładowywania emocji.

 Anka Mrówczyńska jest wyjątkową osobą. Pomimo borderline, które odciska piętno na życiu autorki, nie poddaje się ona i dzielnie walczy o swoje szczęście. Książka „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” będąca autentycznym dziennikiem ze szpitala psychiatrycznego spisanym podczas hospitalizacji na oddziale zamkniętym, jakiej musiała się poddać Mrówczyńska, szybko została doceniona przez  środowisko psychologiczno-psychiatryczne oraz Czytelników.


W wywiadzie autorka udzieliła cennych porad osobom borykającym się z borderline oraz wszystkim, którzy nie wiedzą,  jak skutecznie rozładować emocje.


Poznaj autora i jego twórczość – Anka Mrówczyńska

http://www.psychoskok.pl/aktualnosci/poznaj-autora-i-jego-tworczosc-anka-mrowczynska

 

Pani Aniu, od ostatniej rozmowy minęło sporo czasu, dlatego na początek warto zapytać, czy coś się u Pani zmieniło? Proszę zdradzić, czy nadal nie jada Pani mięsa, jest szczęśliwie zakochana i wraz z wiosną odczuwa napływ sił witalnych?


Oprócz tego, że moje kolejne książki są wydawane na papierze, praktycznie nic się u mnie nie zmieniło. Jestem wegetarianką od 17 lat, w związku od 12 lat. Nadal jestem w terapii, a wiosna sprawia, że chce mi się żyć! Niestety, gdy przychodzi lato, zazwyczaj dobra passa się kończy i wpadam w kryzys. Tak jest i w tym roku.


Swego czasu wspominała Pani, że tęskni za poezją, która zawsze miała szczególne miejsce w Pani życiu. Czy obecnie znajduje Pani, choć odrobinkę czasu, by czasem pisać wiersze? A może ta forma została przez Panią już całkiem zapomniana?


Kiedyś marzyłam o zostaniu poetką. Rzeczywiście, ta forma twórczości była dla mnie bardzo ważna i zajmowała szczególne miejsce w moim życiu. Często przeżywałam rzeczywistość i myślałam wierszem. Od roku 2013 niestety nie udało mi się napisać ani jednego. No… może skrobnęłam jeden czy dwa, ale mój umysł i moja wrażliwość twórcza zdecydowanie przestawiły się na prozę. Bardzo tego żałuję. Choć z drugiej strony, wena poetycka brała się z mojego cierpienia i bardzo złego samopoczucia. Z prozą jest odwrotnie – żeby pisać, muszę się dobrze czuć i być w formie. Także, jakby spojrzeć na to w ten sposób, dla mojego zdrowia psychicznego bezpieczniejsza jest proza, hehe.


Pani Aniu, z pewnością zdaje sobie Pani sprawę, że cykl książek „Młody bóg z pętlą na szyi” spotkał się z ogromnym zainteresowaniem. Czy spodziewała się Pani tak pozytywnego odbioru?


Nieskromnie mówiąc, przeczuwałam, że ten cykl zapełni pewnego rodzaju niszę. Kiedy, będąc w szpitalu psychiatrycznym, pisałam pierwszą część cyklu, czyli „Psychiatryk”, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony wiedziałam, że takiej książki nie ma na rynku, a powinna być. Z drugiej jednak, przez brak wiary w siebie i swoje umiejętności, szczerze wątpiłam w jej wartość. Na szczęście moje wątpliwości zostały rozwiane przez Czytelników oraz środowisko psychologiczno-psychiatryczne.


W 2014 roku przewidziała Pani, że wydanie pozycji „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk”, może zapełnić swego rodzaju niszę, bo o podobnej tematyce nie było niemedycznych publikacji. Teraz w nowej szacie graficznej ukazuje się wznowienie książki. Czy może Pani wspomnieć czytelnikom, którzy nie zdążyli jeszcze sięgnąć po pozycję, co w niej znajdą?


„Psychiatryk” to pierwsza część cyklu autobiograficznych książek o borderline „Młody bóg z pętlą na szyi”. Jest to autentyczny dziennik pisany podczas blisko sześciotygodniowego pobytu na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego. Po oddziale cały czas chodziłam z zeszytem i spisywałam jak najdokładniej swoje myśli i życie wewnętrzne, a także rozmowy z personelem i pacjentami. „Psychiatryk” to taki emocjonalny rollercoaster. Podczas czytania choć przez chwilę można poczuć, jak trudne jest życie z tym zaburzeniem. Książka może się podobać lub nie, natomiast jestem pewna, że nikogo nie pozostawi obojętnym.


Jest Pani autorką, która szczerze, łamiąc tabu, opowiedziała o borderline. Okazuje się, że czytelnicy pragną wiedzieć, jak na co dzień funkcjonuje osoba z tym zaburzeniem? Natłok problemów emocjonalnych utrudnia wszystko, więc jak można sobie radzić? I czy borderline czasem „odpuszcza”?


Jak funkcjonuję na co dzień? Bardzo różnie. Albo jestem szczęśliwa i pełna energii, pracuję zawodowo i piszę, albo nie mam siły wstać z łóżka, a jedyne, o czym myślę, to śmierć. A jak już się z niego zwlekę, patrzę tępo w monitor i nie wiem, co mam robić. Nie jestem w stanie pracować. Natłok negatywnych emocji, ale i stan leżący na przeciwnym biegunie, czyli poczucie wewnętrznej pustki, bardzo utrudniają normalne funkcjonowanie. Nie potrafię wtedy podjąć żadnej aktywności. Na szczęście borderline czasem odpuszcza. Szczególnie wtedy, gdy czuję się dobrze. Wtedy nie jest ono dla mnie przekleństwem, a wręcz darem.


Wiele osób nie potrafi zrozumieć, na czym, u osób z borderline polegają problemy w nawiązywaniu prawidłowych relacji z innymi. Czy jest Pani w stanie wyjaśnić rozbieżność pomiędzy lękiem przed odrzuceniem, a potrzebą bliskości. Zdradzić, czy z borderline da się stworzyć szczęśliwy związek?


Czy da się stworzyć szczęśliwy związek? To trudne pytanie. Na pewno da się stworzyć związek burzliwy i wybuchowy. Z pewnością wiele się nauczyłam, będąc w terapii i długim związku. Jednak tak wiele jest jeszcze do zrobienia… Nie utrzymuję żadnych relacji społecznych. Nie mam znajomych ani przyjaciół. Utrzymuję jedynie internetowe znajomości. Boję się ludzi, nie rozumiem ich i nie potrafię odczytać ich intencji. Nie umiem obdarzyć zaufaniem osób, które na to zasługują, a ufam tym, którym nie powinnam. To bardzo męczące i frustrujące doświadczenie. Jeśli chodzi o potrzebę bliskości, to owszem, jest ona u mnie ogromna. Jednak, gdy zaczynam się do kogoś zbliżać, pojawia się ogromny lęk, że ta osoba mnie skrzywdzi, odrzuci lub opuści. Wtedy pojawia się złość i chęć zniszczenia tej relacji, by uniknąć oczekiwanego odrzucenia. To ciągłe miotanie się między potrzebuję, a boję się. Między kocham, a nienawidzę.


Zawsze otwarcie mówiła Pani o autoagresji, złości, niskim poczuciu własnej wartości, myślach i próbach samobójczych, czy obawach, które są jednymi z wielu problemów występujących w borderline. Czy jako osoba, która pomimo trudności, świetnie radzi sobie w życiu, byłaby Pani w stanie udzielić porad osobom, które również borykają się z tym zaburzeniem? Wskazówek, które pomogą chorym i ich bliskim.


Hehe, to jest tak, że dobrze sobie radzę, gdy jestem w formie. Wtedy życie wydaje się wspaniałe, niesamowite, wręcz magiczne, a ja chodzę dziesięć centymetrów ponad chodnikiem. Kiedy zaś przychodzi kryzys, ten cudowny świat zamienia się w zagrażający. Piękno życia rozpływa się jak mgła pod promieniami słońca. Nadchodzi emocjonalna burza, która zbiera swoje trupy. Niejednokrotnie i mnie prawie uśmierca. Nasilenie myśli samobójczych i autodestrukcyjnych jest wtedy olbrzymie. Gdyby nie terapeuta i psychiatra, nie dałabym sobie rady sama i raczej nie miałabym już okazji odpowiadać na te pytania…


Moje rady? Są dwie i bardzo proste. Po pierwsze podjąć skuteczne leczenie psychoterapeutyczne i, w razie potrzeby, także farmakologiczne. Druga jest znacznie przyjemniejsza. To pasja. Znaleźć jakąś pasję, która nada życiu sens. Mnie uratowało pisanie. Nawet terapeuta stwierdził jakiś czas temu, że gdybym nie pisała, już pewnie bym nie żyła. Może i są to szokujące słowa, ale taka jest prawda. Polecam tę formę rozładowywania emocji każdemu, choćby miało to być pisanie „do szuflady”.


Po napisaniu serii autobiograficznych pozycji poświęconych borderline spróbowała Pani napisać zupełnie inną pozycję. Do rąk czytelników trafił brutalny, mroczny thriller psychologiczny „Uśpiona”. Proszę  zdradzić, skąd pomysł na tę książkę?


Skąd pomysł? Z głowy, hehe. „Uśpiona” znalazła swoje źródło w moich koszmarach sennych. Właściwie nie miałam gotowego planu wydarzeń. Szłam na żywioł. To bohaterowie, ich życia i przygody nakierowały mnie na dalszy ciąg zdarzeń. Ten zabieg sprawił, że część osób uważa to za utrudniający czytanie chaos. Jednak taki był mój zamysł i większości moich Czytelników bardzo się spodobał.


Szczere dzienniki, a literacka fikcja, to zupełnie różne przestrzenie. Pani zaistniała już w obydwu, czy któraś bardziej się Pani spodoba lub okazała „łatwiejsza”?


Łatwiejsze do pisania są z pewnością książki autobiograficzne. Wiadomo, to dlatego, że życie pisze scenariusz, a moim zadaniem jest tylko opisanie tego. Z kolei beletrystyka jest ciekawsza. Można stworzyć różne światy, bohaterów i zrobić z nimi, co się chce. Czuję wtedy  w sobie niejako boski pierwiastek, mogąc decydować o życiach tych ludzi i ich światach wewnętrznych. Zdradzę jednak, że do beletrystyki również dodaję odrobinę siebie i swoich doświadczeń.


Skoro wiemy już, że pisze Pani świetne, autentyczne pozycje oraz poczytną prozę, warto zapytać, czy z czasem pojawiają się kolejne pozycje. Jeśli tak, czy wie już może Pani, jaki to będzie gatunek lub tematyka?


Mam napisane kolejne dwa thrillery psychologiczne, jednak wymagają one jeszcze autorskich poprawek. Niestety od jakichś czterech miesięcy nie napisałam ani zdania. Nie ukrywam, że bardzo mi tego brakuje. Jednak ostatnie dwa miesiące byłam w poważnym kryzysie. Do tego stopnia, że terapeuta i psychiatra znów chcieli, żebym poszła do szpitala. Na szczęście kryzys powoli mija. Na razie, nie potrafię przekonać samej siebie, że potrafię pisać. Straciłam wiarę w sens tworzenia i swoje umiejętności. Mam nadzieję, że ten stan wkrótce zniknie, a ja znów złapię za długopis i zeszyt, by stworzyć nowe powieści.


Ponieważ wspomniała Pani również, że pisanie jest dla Pani formy autoterapii, musimy spytać, czy nadal spełnia ono tę funkcję?


Tak, zdecydowanie. Pisanie pomaga rozładować negatywne emocje, poczuć się lepiej, spokojniej, uporządkować myśli. Jakiś czas temu miałam ogromny problem ze złością i agresją. Jak sobie z tym poradziłam? Zaczęłam pisać bardzo brutalny thriller. Kiedy byłam zła, spuszczałam bohaterowi łomot i od razu robiło mi się lżej, hehe. Czasem się zapominałam i potrafiłam pobić bohatera na śmierć. Na szczęście w książkach jest to proces odwracalny i w kolejnym rozdziale okazało się, że tylko stracił przytomność.


Kończąc, należy podziękować za udzielone odpowiedzi i zapytać, czego możemy życzyć na przyszłość?


Przede wszystkim stabilności emocjonalnej i weny, hehe. Z resztą sama sobie poradzę.

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku