„Jestem sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem” - wywiad ze Zdzisławem Brałkowskim

Obrazek artykułu
Wywiad ze Zdzisławem Brałkowskim autorem wspomnieniowej książki „Wileńszczyzna w miniony czas”, skierowanej do dorosłych i młodzieży.
Początkowo Zdzisław Brałkowski publikował jedynie krótkie opowiadania na swym blogu. Na chwilę obecną autor ma na swoim koncie trzy książki i zbiór lekkich, żartobliwych utworów. Co więcej, jest „świeżo upieczonym” członkiem Związku Literatów Polskich. 

Panie Zdzisławie, wiemy już, że jest Pan osobą doświadczoną życiowo i zawodowo w wielu obszarach. Warto jednak zapytać na początek, czy coś się zmieniło? W roku 2016 wspomniał Pan, że pracuje, pełni kilka funkcji społecznych, jeździ na rowerze, pływa, czy ćwiczy. Nadal jest Pan tak aktywny?


Tak, trochę się zmieniło. Po pierwsze, znowu mam wcześniejszą datę urodzenia w kalendarzu, licząc do 2018 roku. Znaczy, rok urodzenia się nie zmienił, tylko różnica lat między tamtym rokiem a obecnym. Po drugie, w ubiegłym roku przejechałem na rowerze, pięknie wyglądającą arytmetycznie liczbę, 11.555 kilometrów. To prawie dwukrotnie więcej niż w poprzednich; jest więc zmiana. W grupie dobrych znajomych i przyjaciół kilometry jednak same się nakręcają. Szkoda tylko pływania, którego było mniej, ale pogoda sprawiała psikusy. Staram się, aby nożyce między wiekiem metrykalnym a biologicznym coraz bardziej się rozwierały… i nawet jestem z tego zadowolony. Po trzecie, zostałem przyjęty do Związku Literatów Polskich. Mogłem wreszcie odetchnąć z ulgą, że już napisane książki stały się wystarczającą przepustką do członkostwa.


W innych sprawach jest bez zmian. Pracuję, pełnię funkcje społeczne. Nie mam czasu na nudzenie się przed telewizorem. Odpocznę po drugiej stronie cienia… ale to jeszcze wiek czynnego życia przede mną.


Program Ministerstwo Dobrych Książek – Radio Nadzieja poleca książkę Zdzisława Brałkowskiego



Poezja, fraszki, czy satyry, zajęły ważne miejsce w pana życiu. Wiemy, że zdarzało się Panu pisać teksty „na zmianę”. Raz prozę innym z kolei fraszki lub nawet tekst piosenek kabaretowych. Czy sposób ten wciąż Panu towarzyszy?


Tak, ale słowo rymowane zajęło teraz pozycję drugą. Pierwsze miejsce zajmuje proza – beletrystyka, wspomnienia. Pochłania ona dużo więcej wolnego czasu. Nie zapomniałem jednak o fraszkach czy limerykach. Jeżeli tylko wpadnie jakaś myśl do głowy, zapisuję i miniaturka dołącza do poprzednich. W 2016 roku ukazał się mój autorski tomik „Fraszki, limeryki i inne żarciki”; niektóre z żartobliwych wierszyków znalazły się także w kilku antologiach i almanachach. Kiedy zbiorę tyle nowych utworów, że wystarczy na kolejny, najlepiej tematyczny tomik, to możliwe, iż ukaże się drugi. Tak że…  nie zapominam  i o tej stronie twórczości.


Pozostając przy poruszonym temacie, proszę zdradzić. Czy w trakcie pisana najnowszej pozycji – „Wileńszczyzna w miniony czas” także robił Pan sobie „przerwy” na poezję?


Najnowszą książkę pisałem dość długo, prawie dwa lata. Oczywiście, z przerwami; pracuję zawodowo i społecznie, do tego mam wiele innych zainteresowań, więc czas wolny dzielę w miarę sprawiedliwie na różne dziedziny życia. Nie raz, nie dwa przez miesiąc nie napisałem nawet jednego słowa. Wtedy przychodził czas na poezję. Nie tylko żartobliwą, erotyki i satyriady też się zdarzały. Na szczęście w pisaniu nie gonią mnie żadne terminy, jestem sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem.


Zgodnie ze złożoną przez Pana obietnicą niedawno ukazała się kolejna książka z cyklu „Zza zasłony czasu” – „Wileńszczyzna w miniony czas”. Czego mogą spodziewać się Czytelnicy?


Książka w pierwszych dwóch częściach nawiązuje do wcześniejszego okresu, lat okupacji i krótko powojennych. Nie było mnie wtedy na świecie, ale nasłuchałem się opowiadań rodzinnych. Trzecia część jest już bardziej współczesna, przeżyta i przeze mnie. Akcja nie jest umiejscowiona tylko na wojennej i powojennej Wileńszczyźnie, dzieje się również na Pomorzu, Kaszubach; wszędzie tam, gdzie wiatry historii gnały bohaterów książki.


Wiemy, że pierwsze dwie Pana książki pisane były z charakterystycznym  przymrużeniem oka. Kolejna miała być również retrospekcją. Przestrzenią skłaniającą do zadumy i refleksji. Czy udało się zrealizować ten plan? I czy mimo wszystko Czytelnicy mogą liczyć na dawkę humoru?


„Niech żywi nie tracą nadziei”. Przecież i dawniej były również zdarzenia humorystyczne. W życiu każdego człowieka są dramaty, ale i weselsze momenty. Mimo że książka w dużej części obejmuje okres wojenny i trudny powojenny, nie zabrakło i chwil, kiedy to przysłowiowe oko mogłem przymrużyć. Przyznam, że tak lubię. Natomiast retrospekcja sięgnęła nawet powstania listopadowego… i w konsekwencji pojawienia się też nazwiska Perepeczko. Niektórym czytelnikom może się ono wydać znajome…

 

„Wileńszczyzna w miniony czas” to opowiadania o dziejach dwóch polskich rodzin na Wileńszczyźnie i w Polsce. Opisane zdarzenia odnoszą się do okresu drugiej wojny światowej i lat powojennych. Czy trudno było objąć taki szmat czasu? I czy którykolwiek okres Pana zdaniem nie ucierpiał przez wzgląd na „nietrwałość” wspomnień?


Nie pisałem epopei. Chciałem przekazać i zachować, choćby w małej cząstce, tamte czasy, klimat i zachowania zwykłych ludzi. To nie ich wina, że walec historii przetoczył się po narodach i przez życie zwykłych rodzin, czasem rozdzielając rodzeństwo, dzieci i rodziców na lata, wyrywając ich z małych ojczyzn, ale pamięć pozostała.

 

Tak, książka obejmuje szmat czasu. Nie jest jednak wielusetstronicowym tomiszczem, gdyż nie taki był cel. Chciałem ukazać w krótkich opowiadaniach przeżycia i zdarzenia, zmieniające się wraz z upływającymi latami. Na pewno wiele ich umknęło; nie usłyszałem o nich lub zatarły się w pamięci, ale część uratowałem i przekazałem w formie, jaką uważałem za właściwą.


Ukazane w książce sytuacje i zdarzenia miały miejsce w specyficznym, niekoniecznie łaskawym czasie. To dlatego dramatyczne zdarzenia mieszają się ze śmiesznymi. Dla starszych czytelników lektura będzie okazją do wspomnień. Dla młodszych do porównania „dawnego” z „nowym”. Czy pisząc miał Pan na uwadze obie te grupy? Czy jest to niezamierzony, choć jak najbardziej pozytywny efekt?


Kiedy piszę swoje książki, staram się myśleć o obu grupach wiekowych. Starsi porównają z własnymi przekazami rodzinnymi, młodsi dowiedzą się trochę o historii, która przeorała nasze społeczeństwo i przesuwała terytorium państwa jak wagon na torach; toczył go nie tylko w przenośni, ale i dosłownie „parowóz dziejów”. Dla nich właśnie umieściłem wyjaśnienia niektórych terminów, które starsi przeważnie pamiętają, ale młodsi czytelnicy chyba już nie. Nie ma się czemu dziwić, panta rhei… Chciałbym, aby jedni i drudzy mogli powiedzieć po przeczytaniu „nie zmarnowałem czasu na tę książkę”. To będzie dla mnie największą nagrodą. 


Oczywiście warto zapytać, w jaki sposób Pan chciałby zachęcić młodszych i starszych Czytelników do lektury?


Moim uśmiechem… żartuję, chociaż zawsze jest lepszy w kontakcie z czytelnikami, niż marsowa mina. Poważniej – kto czytał moje poprzednie książki i się nie zawiódł, sięgnie po „Wileńszczyznę…” bez zachęty. Nowych czytelników może przekona tematyka? Każdy znajdzie coś, co lubi – trochę wyciskacza łez, trochę wojny, trochę pokojowych zdarzeń, mniej lub bardziej dramatycznych, trochę śmiesznych sytuacji. Tak, jak w życiu. Czy udało mi się wszystko połączyć  w sposób, który spodoba się czytelnikom, przekonam się niedługo. Kilka osób już przeczytało i ich opinia mnie ucieszyła. Oczywiście, mogą być różne głosy, ale jeżeli przynajmniej część czytelników oceni pozytywnie, to już będę miał dodatkowy doping do kontynuacji cyklu.



Wiemy, że do niedawna nawet Pan nie potrafił przewidzieć ile pozycji obejmie cykl „Zza zasłony czasu”. Może teraz wiadomo coś więcej?


Nic się nie zmieniło, naprawdę trudno mi autorytatywnie stwierdzić, że „napiszę dokładnie tyle i tyle”. Pisanie nowej książki trwa rok do dwóch, a w tym czasie to, co jest „dzisiaj”,  staje się „wczoraj”. Ciągle coś się dzieje, niektóre zdarzenia może okażą się godne zapisania… Staram się zachować chronologię wspomnień. Tych, które już się zdarzyły, wystarczy przynajmniej na trzy-cztery nowe książki. Co będzie później? Pewnie coś będzie. Jak już powiedziałem, nie dla mnie fotel, kapcie na nogach i pilot od telewizora w ręku. Kto tak lubi, to jego polubienie. Jednak nie moje.


Kończąc, należy podziękować za udzielone odpowiedzi oraz zapytać ponownie. Czego życzyć na przyszłość, autorowi, który planowo realizuje swe cele?


Czytelników, którzy po przeczytaniu książki chętnie sięgną po kolejną. Każdy autor o tym marzy. Skłamałbym, gdybym powiedział, że mi nie zależy. Zależy, jak najbardziej. Wtedy mam satysfakcję, że moje opowieści znajdują jednak odbiorców.


Rozmowę przeprowadziła Agata Orzechowska. 


Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku

Partnerzy

Subiektywnie o książkach
Dwumiesięcznik SOFA
Wydawnictwo Psychoskok
Wydawnictwo MG
Kuźnia Literacka
Zażyj Kultury
Fundacja  Polonia Union
Kulturalne rozmowy - Sylwia Cegieła
Sklep internetowy TylkoRelaks.pl
CoCzytamy.pl