„Jest to najlepsza z moich dotychczas napisanych książek” – wywiad z Leszkiem Mierzejewskim

Obrazek artykułu
Wywiad z Leszkiem Mierzejewskim, autorem fabularyzowanej biografii „Od niechcenia”. Książka jest niczym pełna humoru lekcja historii z pełnych paradoksów PRL-owskich czasów.

„Od niechcenia” to kolejna książka Leszka Mierzejewskiego, którą jak poprzednie czyta się jednym tchem, z przerwami na śmiech, bo znajdziemy w niej bardzo dużo dowcipów, i to na interesujący każdego temat.


Autor uważa, że jest to najlepsza z dotychczas napisanych przez niego książek i szczerze zaprasza do lektury. Zapewnia także, że osoby, które stwierdzą, że nie przypadła im do gustu, lub wynudzą się w trakcie czytania, mogą liczyć na zwrot pieniędzy lub otrzymanie innej książki.


Panie Leszku, jest Pan doświadczonym życiowo autorem o wielu talentach. Nie wszyscy czytelnicy zdążyli Pana poznać stąd prośba, by choć pokrótce przedstawił Pan swą osobę. Zdradził, jak to możliwe, że realizuje się Pan jako malarz pejzażysta, żeglarz, myśliwy i pisarz.


Maluję od dziecka. Mam prawdopodobnie w sobie ukryty talent, zresztą nie wiem po kim z rodziny? Gdy chcę odpocząć, zapomnieć o chwilowych niepowodzeniach, to biorę się za farby, rozkładam sztalugi i bez wytchnienia maluję! Corocznie jestem uczestnikiem minimum trzech letnich plenerów malarskich. Co zaś  do mojego żeglowania, bakcylem wodnych sportów zaraziłem się w młodym wieku na Wybrzeżu, gdy uczęszczałem do Szkoły Budowy Okrętów. Wówczas osiągnąłem pierwszy stopień wtajemniczenia –  zostałem żeglarzem jachtowym.  Wiele lat później, już na Mazurach, w 1993 roku zdobyłem patent sternika jachtowego. Obecnie pływam już sporadycznie, tak dla relaksu - w letnie weekendy.


Natomiast nemrodem zostałem w dość zaawansowanym wieku, bo grubo po czterdziestce,  i  chyba dlatego myślistwo na przemian z pisarstwem jest do dziś pierwszą moją miłością. Aczkolwiek pisanie rozpocząłem w jeszcze bardziej dojrzałym niż łowiectwo okresie, w tak zwanym "wieku balzakowskim"- porównywalnym przez Balzaka do najpiękniejszego wieku w życiu człowieka.  Identycznie Balzak przewidział jak u mnie. Pisać zacząłem, będąc dojrzały w swych myślach i wg mnie w najlepszym okresie swojego życia. Atutem moim jest, że wiele widziałem, wiele słyszałem i przeżyłem! Nikt mi dziś nie wciśnie „kitu” i obłudy, nikt mnie nie przefarbuję, jak to teraz jest w modzie.


Na Pana koncie znajdziemy wiele książek, stad pewność, że pisanie to istotna część Pana życia. Proszę jednak wyjaśnić, kiedy i dlaczego odczuł Pan potrzebę przelewania myśli na papier?


Przed pisaniem książek miałem przyjemność spłodzić prawie 400 artykułów do miejscowych gazet o zasięgu powiatowym, jak i publikatorów o zasięgu ogólnopolskim. Pamiętam, że pierwszy mój artykuł ukazał się w Tygodniku Szczytno w lipcu 2009 roku z jednoczesnym humorem rysunkowym. W ostatnich dniach ukazał się mój artykuł w „Myśliwcu” Warmińsko – Mazurskim pt. „Oszukać przeznaczenie”.


 Kunsztu pisarskiego poduczył mnie, nie kto inny, jak słynny autor tekstów, opowiadań, książek i piosenek – śp. Kazimierz Winkler. Miałem przyjemność go poznać  na jednym z polowań zbiorowych na Kaszubach. Gościłem go później dwukrotnie u siebie na Mazurach. Razem łowiliśmy ryby. Jego wskazówki oraz zdobycie w 2015 roku III nagrody, a w 2016 roku I miejsca w ogólnopolskim konkursie „Rok Myśliwca” podbudowało mnie do dalszego przelewania moich myśli na papier.


Poznając bliżej Pana osobę, czytelnicy nie będą mieli wątpliwości, że przede wszystkim jest Pan myśliwym. To zajęcie, któremu poświęcił się Pan bez reszty. Czy trudno łączyć te dwie tak odmienne przestrzenie? Myślistwo a pisanie to przecież zupełnie inne, wymagające różnych umiejętności i cech charakteru aktywności.


Teraz relacje się odwróciły! Przede wszystkim jestem pisarzem i temu zajęciu poświęcam się bez reszty. Na drugim miejscu stawiam myślistwo. To przyszło z wiekiem, to jest niezależne ode mnie. Kiedyś nadejdzie nieuchronna chwila, że broń myśliwską będę musiał zawiesić na kołek, a pióro będę dzierżył aż do śmierci. Faktem jest, że negatywna „polityka” niekompetentnych osób, a przede wszystkim „biadolenie” na nasz związek łowiecki  ma wpływ na całe polskie łowiectwo. W dołku mnie ściska, gdy zewsząd słyszę, jak należy uzdrowić nasze zrzeszenie myśliwych, gdy cały świat łowiecki bierze z nas przykład.


 Powracając do myślistwa a pisania, to faktycznie są to zupełnie inne profesje, ale ja umiejętnie je łącze! Po pierwsze, część tematów do pisania najefektywniej obmyślam na ambonie.  Po drugie, znaczna część fabuł z myślistwa ma swój finał w mych książkach.


Na rynku wydawniczym właśnie ukazała się Pana kolejna książka – „Od niechcenia”. Czy mógłby Pan wyjaśnić znaczenie i wymowę tytułu? Niektórzy mogą opacznie uznać, że w ten sposób z przekąsem wyraził Pan swoje odczucia i nastawienie do procesu pisania tej pozycji, a przecież z pewnością nie tworzył pan niedbale i „Od niechcenia”.


Broń Boże! Stworzyłem tę książkę z całą powagą, skupieniem i odpowiedzialnością! Teraz gdy ją przeczytałem w formie książkowej, to uważam, że jest ona najlepszą z moich dotychczas napisanych książek. Sens tytułu obszernie wyjaśniłem w słowie wstępnym. Z grzeczności jeszcze raz wyjaśnię i przyznam się, że na początku wystartowałem do pisania książki  z nudów, bo w tym czasie zajęć miałem w domu od cholery i ciut, ciut! Tylko że przez wówczas panujące mrozy i nawałnice śniegu, do niczego nie chciało mi się ręki przyłożyć. Więc zabrałem się za pisanie, bo tworzenie w ciepłym domu, najbardziej mi odpowiadało. Miałem w głowie tylko wstęp - bez ładu i składu, byle jaki, taki na kolanie - po wariacku. O, taki właśnie, od niechcenia. W miarę pisania wciągnąłem się na tyle, że pisałem dzień i noc – tworząc wg mnie super przygodę życia, mojego przyjaciela „po strzelbie”.


„Od niechcenia” to powieść obyczajowa, która opisuje perypetie życiowe Pana przyjaciela. Czy czytelnicy mogą więc traktować tę książkę także jako fabularyzowaną biografię? Proszę zdradzić na, ile fikcja uatrakcyjniła realia i dlaczego do opisania wybrał Pan życiorys właśnie tej osoby?


W pierwszych moich książkach właśnie moje przeżycia są znakomitą kanwą utworów! Ale ile można pisać o sobie? Więc następne książki to biografie przypadkowych ludzi. Np. przedostatnia książka „Jeden z tysięcy”, została napisana po przypadkowym zwierzeniu mi się wiekowego mężczyzny, którego dotychczas znałem z widzenia – nigdy nie przypuszczałem, że on ma tyle w zanadrzu ciekawostek i zawiłości z arkanów swojego życia.  Myślę, że odtworzyłem super jego biografię! Podbudowany zabrałem się za następną książkę, właśnie „Od niechcenia”, fabularyzowaną biografię mojego przyjaciela myśliwego. Dla wyjaśnienia informuję, że aktualnie poluję w super kole łowieckim „Ryś” Dźwierzuty. Dzierżawimy na ziemi mazurskiej trzy obwody łowieckie. Mam dużo kolegów myśliwych miejscowych, zamiejscowych i z odległych stron Polski. Większa część to myśliwi zrzeszeni, ale są też i niezrzeszeni, którzy przyjeżdżają na Mazury, aby przy okazji polowań, pooddychać świeżym powietrzem i pomieszkać z rodzinami przez kilka dni w swoich domkach letniskowych nad jeziorami. Gdy z nimi przebywam, to mam okazję spłodzić jakiś artykuł ewentualnie humor czy to pisany, czy rysowany, bo są to, nadzwyczaj weseli kompani, zgodnie z przysłowiem do bitki i do wypitki. Kiedyś napisałem taki humor, właśnie z życia wzięty: Żona nie wierzyła małżonkowi, że bez przerwy jeździ na polowania, na kilka dni z Warszawy na Mazury. Gdy wrócił z łowów, zapytała go bezceremonialnie: -Gdzie nocowałeś? Odrzekł krótko: -U miejscowego kolegi. Ponieważ znała pięciu jego kolegów, do wszystkich napisała identycznego maila: -Czy przez ostatnie trzy noce grudnia, mąż nocował u Ciebie? Od razu od wszystkich pięciu otrzymała mailem potwierdzenie: -Tak, w tym czasie nocował u mnie.


Więc mam „przyjaciela po strzelbie”, dla niewtajemniczonych, to znaczy dla nie nemrodów zdradzę, że jest to taki przyjaciel, z którym na okrągło jeździ się na polowania zbiorowe i indywidualne. Są jeszcze „koledzy po strzelbie”, są to kompani, z którymi od czasu do czasu przeżywa się przygodę łowiecką. Kiedyś w którymś ze swoich artykułów użyłem zwrotu „towarzysz łowów”. Wyobraźcie sobie, że przez wiele tygodni otrzymywałem maile, że już towarzysze odeszli do lamusa, więc teraz używam słowa „kompan”, żeby wszystkim dogodzić, zwłaszcza tym niedopieszczonym przez życie. Więc mój „przyjaciel po strzelbie”, zresztą nie z mojego obecnego koła łowieckiego, ani z mojego powiatu, opowiedział mi  swoją historię, takie preludium z jego życia wzięte, którą wiernie przelałem, za jego zgodą na papier. Żeby książka była atrakcyjniejsza, dodałem dużo humoru, ale również z życia wziętego. Nic nie ma w niej z fikcji, wszystko to realia, bo życie w tamtych czasach, od końca lat sześćdziesiątych do lat dziewięćdziesiątych każdemu z nas pisało bardzo ciekawe scenariusze. Książka sama w sobie stała się humorystyczną historią życia wiejskiego chłopaka, który zamieszkał w Warszawie, właśnie od lat studenckich do późnego wieku - przeżył przeróżne figle i zdarzenia. Nie zawsze przyjazne i wesołe, ale dzięki swojej zaradności i uporowi przeważnie spadał na sztywne nogi. Wybrałem życiorys właśnie mojego przyjaciela, bo zapoznając się z nim, nie można się nudzić. Młody czytelnik zapoznaje się, a starszy przypomina sobie życie za czasów PRL-u. Wszyscy, którzy przeczytają moją książkę, odświeżą pamięć z zapomnianych, trudnych, ale jednocześnie wesołych czasów III Rzeczpospolitej.


Śledząc losy głównego bohatera, faktycznie nie sposób się nudzić. Pokonamy szmat czasu, wędrując od końca lat sześćdziesiątych do dzisiejszych dni. Spostrzeżemy, jak zmieniał się główny bohater i Polska, w której przyszło mu żyć. Dzięki lekturze czytelnicy będą mogli „powrócić” do trudnych czasów III Rzeczpospolitej? Czy nie uważa Pan, że będzie to obrazowa lekcja historii?


Niewątpliwie tak, gdyż w tej książce co jakiś czas wplatałem w opisy ówczesnej rzeczywistości krótkie wątki z historii, ale nie tylko powracałem do trudnych czasów minionego okresu. Przecież w tamtym czasie, nie tylko działy się „okropne” rzeczy, również bywały i wzloty, o których to teraz, niektórzy nie chcą pamiętać, a co gorsze wspominać. Przecież za tamtych „przeklętych” czasów, większość z nasz zdobyła wykształcenie, część z nas dorobiła się majątku, większa część obecnie mieszka w blokowiskach, które wówczas stanęły na nowych osiedlach. Zdobywaliśmy laury na olimpiadach, mistrzostwach świata, a nasze produkty były światowej renomy…

Uważam, że jest to prawdziwa lekcja historii!


Życie za czasów PRL-u bywało naprawdę skomplikowane. Można było mieć pieniądze, ale nie móc nic kupić, z realizowaniem życiowych marzeń i planów także był kłopot. Główny bohater dzięki uporowi i zaradności, pomimo przeszkód, zawsze jednak „wychodzi na swoje”. Czy tę postać należy uznać za wzór obywatela czasów PRL?


I tak i nie. Przecież do dziś wszyscy wiedzą, tylko oko przymykają, że na 1000 obywateli z czasów PRL, jeden wzbogacał się kosztem pozostałych 999. Wiadomo, że proces ten szedł na pograniczu prawa.  100 z 1000 obywateli żyło jako tako, inaczej mówiąc powyżej średniej, 400 obywateli żyło jako średniacy, pozostałe 500 osób cierpiało biedę i to taką na pograniczu ubóstwa. Ale według mojego prywatnego zdania, można było żyć dość znośnie, tylko trzeba było chcieć. A chcieć, to znaczyło się kształcić, pracować i mieć trochę pomyślunku. Mój bohater właśnie był tym wybrańcem losu, tym jedynym. Przecież logiczne, że cały majątek PRL przeszedł w prywatne ręce, wykupowano go za przysłowiową złotówkę, kto miał „wejścia i układy”, stawał się z dnia na dzień bogaczem. Do dziś nie rozliczono tych  „śmiesznych” transakcji i przetargów?!


W trakcie lektury przekonamy się, że za czasów PRL-u umiejętność kombinowania była niezwykle przydatna. Czy myśli Pan, że ta wiedza będzie użyteczna dla czytelników? Jako przypomnienie historii Polski z pewnością, ale może nie tylko? Dziś realia są zupełnie inne, choć sztuka kombinowania chyba nadal jest użyteczna.


Pracowałem na kierowniczych stanowiskach za tamtych i za obecnych czasów  i nikt mi fałszu nie wciśnie, że wówczas to się kombinowało, a teraz to są całkiem inne realia. Zapewniam, że nic się nie zmieniło, nadal jest tak, jak było, a kombinowanie dopiero w tych czasach weszło na szczyty. Zresztą, przymierzam się do napisania czegoś na ten temat, bo  od zawsze uczestniczyłem w życiu polityczno- gospodarczym mojego miasta!  Napatrzyłem się na ciekawe scenki z życia wzięte...


Powieść „Od niechcenia” pełna jest sytuacyjnych dowcipów i dodatkowo została wzbogacona humorystycznymi zdjęciami i rysunkami. Czy elementy te mogą zagwarantować czytelnikom, że czytać będzie się lekko i przyjemnie?


Wszyscy, którzy czytają niniejszą książkę,  mają w trakcie przerywnik na obejrzenie ciekawych rysunków, zdjęć i humorów. Czy to młody, czy w średnim, czy w kwiecie wieku znajdzie wszystko, co go zainteresuje: od historii życia studenckiego i naukowego poprzez imprezy nie tylko w knajpach warszawskich – ale do polowań myśliwskich na Mazurach i do zdrad małżeńskich, aż do prywatnej działalności, którą obecnie nazywamy biznesem. Osobiście gwarantuję, że książkę czyta się, jak i moje poprzednie, jednym tchem, z przerwami na śmiech, bo bardzo dużo jest w niej zawartych dowcipów, i to na interesujący każdego temat.


 Oczywiście nie wszyscy zdążyli już sięgnąć po książkę. Warto więc zapytać, w jaki sposób chciałaby Pan zachęcić jeszcze niezdecydowanych czytelników do lektury?


Każdy sprzedawca swój towar chwali, wystarczy wejść na bazar, gdzie straganiarze twierdzą, że tylko ich produkt jest najlepszy i najświeższy! Ja również proszę o przeczytanie  mojej książki, jeżeli stwierdzicie, że nie przypadła wam do gustu, lub nudziliście się w trakcie czytania, to zwrócę nabywcy pieniądze lub wyślę w zamian inną z moich książek! Chyba dobra zachęta? Mój mail: leszek.mierzejewski@gazeta.pl


Nie jest Pan autorem, który każe czytelnikom długo czekać na kolejne czytelnicze atrakcje. Czy w niedługim czasie pojawi się więc kolejna książka? Jeśli tak proszę zdradzić, czy jest już jakiś zamysł, albo gotowy plan?


O tak! Mam trzy gotowe książki, w swoim magazynie komputerowym. Pierwsza pt. „Nie całkiem obojętny”,  druga pt. „Kuternoga” i trzecia pt. „Kosz opowieści”. Aktualnie jestem w trakcie pisania  czwartej książki pt. „Boso wśród obutych”, którą uważam za najlepszą z oczekujących na wydanie, ale tak zawsze jest, że autor  zachwala ostatnie wypociny. Prawdę mówiąc, w tej chwili nie jestem zdecydowany, którą z w/w książek zaoferuję wydawcy do druku i rozpowszechnienia.


Kończąc, należy podziękować i zapytać, czego życzyć Panu na  przyszłość?


Oscylując wokół moich profesji z pierwszego pytania, życzyłbym sobie namalować przecudowny obraz, który zachwyciłby miliony oglądających na całym świecie. Również jako żeglarz, życzę sobie stopy wody pod kilem. Natomiast, co do łowiectwa, to w najbliższym sezonie chciałbym celnie trafić do jelenia byka, którego poroże ocenione zostałoby na brązowy medal, bo złoty i srebrny posiadam w swojej kolekcji! Na koniec pragnąłbym, żeby chociaż jedna z moich książek sprzedawałaby się jako bestseller! Czy nie przesadzam? Jeżeli tak, to chciałbym tylko dożyć w zdrowiu 125 lat, wówczas trafiłbym do księgi rekordów Guinnessa. Dziękuję.


Poznaj autora i jego twórczość – Leszek Mierzejewski 

http://www.psychoskok.pl/aktualnosci/poznaj-autora-i-jego-tworczosc-leszek-mierzejewski/


Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku

Partnerzy

Subiektywnie o książkach
Dwumiesięcznik SOFA
Wydawnictwo Psychoskok
Wydawnictwo MG
Kuźnia Literacka
Zażyj Kultury
Fundacja  Polonia Union
Kulturalne rozmowy