Fragment książki napisanej przez prawnuczkę Alicji w Krainie Czarów

Obrazek artykułu
Vanessy Tait prawnuczka „Alicji w Krainie Czarów” - Alice Liddell, napisała powieść, która przybliża genezę powstania znanej dziś na całym świecie książki. Już teraz możemy zajrzeć do „Domu po drugiej stronie lustra”.

 „Dom po drugiej stronie lustra” odwołuje się do rodzinnej historii Tait i opisuje relacje Lewisa Carrolla z dziesięcioletnia ówcześnie Liddell. Wyjątkowa  więź doprowadziła do powstania „Alicji w Krainie Czarów”.


Już teraz możemy zajrzeć do „Domu po drugiej stronie lustra” i wsłuchać się w historie opowiadaną z perspektywy Marii, autentycznej guwernantki, którą zatrudniali państwo Liddell, a właśnie ona prawdopodobnie była pierwowzorem postaci Czerwonej Królowej.


 

Fragment rozdziału 5

 

Alicja i Ina miały na sobie identyczne szyfonowe sukienki w czarno-białą szachownicę, z dwiema dużymi atłasowymi kokardami przy szyi i na klatce piersiowej; Maria widziała już takie sukienki na znacznie starszych dziewczętach.

– Dlaczego się tak stroimy? – spytała Alicja.

– Twoja matka szykuje małe spotkanie przy herbacie – odpowiedziała jej Maria.

– Ale ona przecież zawsze kogoś zaprasza na herbatę! Po co mam tam przyjść z Iną?

– Nie zadawaj pytań – pouczyła ją Maria. Sama nie znała odpowiedzi; nie miała pojęcia, dlaczego ma tak wystroić dziewczynki. Pochyliła się nad Alicją i starła coś paznokciem z jej twarzy.

– Nie wzdrygaj się tak, byłaś umazana. Nie wiem, jak to zrobiłaś, bo przed sekundą myłam ci buzię. – Maria przytrzymała jej podbródek i wytarła twarz Alicji swoim poślinionym palcem.

– Nie wiem, jak ślina może być czystsza niż błoto – zauważyła Alicja. – Mówiłaś, że ślina jest brudna, na pewno tak mówiłaś!

– Nie zadawaj pytań – odparła Maria, wycierając jeszcze trzykrotnie jej policzek. Następnie wzięła szczotkę i przejechała po włosach dziewczynki. Przypomniał jej się pan Wilton. Zastanawiała się, kiedy ją odwiedzi. Może przyjść w każdej chwili – musi więc posprzątać te wszystkie książki. Poza tym z brzegu obrusu odpadają koraliki, skarpetki wymagają cerowania, no i powinna poprosić służącą, żeby usunęła jakoś plamę z jej rękawów.

Im więcej czasu spędzała u dziekana, tym mocniej podejrzewała, że to nie jej życie jest ważne dla świata, a dzieci. Guwernantka była jedynie tłem, na którym mogły błyszczeć oślepiającym światłem. Ich potrzeba świeżego powietrza, ich znajomość Prus, ich niedokończone koronki.

– Panno Prickett, czesze mi pani uszy! – Alicja odsunęła głowę.

Maria spojrzała w dół. Czubki uszu dziecka były czerwone, ale nie przerwała czynności, dopóki nie dostrzegła, że pasma włosów Alicji same wędrują pod szczotkę, pozostałe zaś zaczynają przylegać do jej czoła.

Nie była w stanie przywołać w myślach pana Wiltona, a przynajmniej nie całej postaci, jedynie kontury z bryłą ciała pośrodku i jego gęsto owłosione ręce. Nie widziała oczu, twarz była niewyraźna, choć przecież Maria rozmyślała o nim, wyobrażała go sobie często. Zastanawiała się, kiedy przyjdzie.

Skończyła czesać Alicję i odwróciła się do Iny. Poprawiła jej koronkowy kołnierzyk i przygładziła sztywne włosy odstające od przedziałka. Ina wydęła policzki i bez słowa wbiła wzrok w podłogę.

 

Maria wyprowadziła dzieci z klasy i zeszła z nimi wąskimi schodami na półpiętro – na „leksykonową” klatkę schodową (zakupioną za tantiemy z Leksykonu greki autorstwa dziekana) z wielkimi drewnianymi panelami i posągami lwów, stojących na straży po obydwu stronach. Przeszły przez salon, prawie potykając się o rozłożoną na posadzce skórę tygrysa; jego głowa podskoczyła, odsłaniając zęby zwierzęcia, zabitego niegdyś przez jednego z przodków dziekana. Minęły stół, na którym stała przywieziona prosto z Indii na Wielką Wystawę Światową srebrna emaliowana skrzynia, i przeszły obok zawieszonych na ścianie haftów, wyszywanych własnoręcznie przez panią Liddell podczas długich zimowych wieczorów, aż w końcu dotarły na taras.

Pani Liddell w promieniach wiosennego słońca rozmawiała z młodym studentem, który usadowił się na krześle w pozycji półleżącej, wyciągając patykowate nogi. Obok niego leżał kapelusz ze złotym frędzlem. Gość zdjął go przed chwilą. A więc musiał to być arystokrata.

– Mój drogi Franciszku, to będzie prawdziwa tragedia, jeśli bal się nie odbędzie! Prawdziwa tragedia! – Pani Liddell pochyliła się w jego stronę.

– Na to się zanosi.

– Abnegaci! – zawołała. – Do tego pod wodzą pana Dodgsona! Tego samego, który prawie codziennie przychodzi tu, by napić się naszej herbaty. Nic się nie zmieniło, odkąd tu przybyliśmy. Ciągle płynęły skargi na dziekana: za to, że był nowoczes­ny, zbyt postępowy, wręcz niebezpieczny. I wtedy również podburzał ich pan Dodgson, jeśli dobrze pamiętam. Co zresztą nie przeszkadzało mu, żeby dalej się do dziekana przymilać.

Alicja stała przed nią wyprostowana. Maria zauważyła, że dziewczynka chce coś powiedzieć, ale powstrzymuje się ostatkiem sił. Matka jeszcze ich nie dostrzegła.

– To nie jest tak, że mamy zamiar codziennie naruszać ciszę nocną.

– Zgadzam się z tobą, Franciszku, absolutnie. Słuchając ich, można by pomyśleć, że szykujemy jakąś noc w piekle, a nie bal.

Marię uwierały buty w miejscu, w którym wcześ­niej naprędce je zawiązała. Zastanawiała się, gdzie powinna stanąć. Właśnie w tym momencie żona dziekana dostrzegła dziewczynki i skinęła, by podeszły. Jej palce uginały się pod ciężarem pierścieni; przypominała wielkiego skorupiaka przystrojonego diamentowymi czareczkami.

– Mam przyjemność przedstawić moje najstarsze dziewczęta: Inę i Alicję. Dziewczynki, oto lord Newry. Usiądźcie, proszę, z nami.

Podeszły. Ina poczerwieniała na twarzy.

– Nie tam, Ino, tutaj. – Pani Liddell wskazała jej miejsce obok lorda Newry’ego. – Tak, byśmy mogli was wszystkie zobaczyć.

Maria wyczuwała zawstydzenie Iny po sposobie, w jaki dziewczynka trzymała szklankę, gdy zbliżała ją do ust, po tym, jak unosiła rzęsy i wbijała wzrok w lniany obrus, wreszcie po tym, jak niezgrabnie siedziała przy stole. Wydawało się, że poza Marią nikt tego nie zauważył. Lord Newry odgonił muchę od swojego talerza.

– Natura musi chyba uwzględniać muchy w swoim świecie, zupełnie nie wiem dlaczego.

– Dla ptaków, Franciszku, ot i cała odpowiedź – odparła pani Liddell.

– Ależ mamo, ptakom wystarczyłyby dżdżownice. Są zdecydowanie milsze – rzekła Ina.

– Milsze? Dżdżownice? – Lord Newry z rozbawieniem przyłożył palec do kącika ust, w którym, jak mu się (słusznie zresztą) wydawało, został okruszek. – Od much, jak rozumiem. W takim razie to chyba rzecz dyskusyjna.

Ina znów się zarumieniła i splotła ręce na podołku. Maria spojrzała na nią z góry i zauważyła, że dłonie Iny stały się pulchniejsze. Z miejsca, w którym siedziała, mogła również dostrzec, że na nosie dziewczynki pojawiły się pryszcze i że miała czerwony wypukły ślad z boku czoła, blisko linii włosów. A gdy nakładała sukienkę, Maria po raz pierwszy zauważyła, że piersi dziewczynki zaczynają rozkwitać.

– Czerwia żyją pod ziemią, dlatego są bardziej sympatyczne – odpowiedziała Alicja.

– Cóż, ja mieszkam na ziemi i nie znam nikogo, kto żyje pod nią – oświadczyła pani Liddell.

– Przypomniało mi się coś. Jechałaś już może nową linią Metropolian w Londynie? – spytał lord Newry. – Rankiem jest okrutny ścisk, wieczorem również. Doświadczyłem tego na własnej skórze, dla zabawy, i muszę przyznać, że ludzie opierają się tam o siebie tak, jakby cała planeta wylądowała w jednym wagonie.

W Londynie Maria widywała takich jak on wiele razy, ale po raz pierwszy miała okazję przyjrzeć się jednemu z nich z bliska. Lord był dokładnie taki, jak sobie to wyobrażała. Szyderczy uśmiech na twarzy, widoczny na pierwszy rzut oka, w istocie świadczył o tym, że człowiek ten jest w stanie upokorzyć kogoś jednym jedynym słowem. Słowa wylewały się zresztą z jego ściśniętego gardła cienkim, lecz obfitym strumieniem. Być może wąskie gardło to cecha, która rozwinęła się u arystokracji w momencie, gdy jej przedstawiciele zacisnęli swe szpony na majątkach ziemskich i odizolowali się od reszty społeczeństwa.

– Och, jesteś taki dzielny, mój drogi Franciszku! – Pani Liddell położyła swoją dłoń na jego kolanie. – Wątpię, by mi się to spodobało. Podróżowanie pod ziemią wydaje mi się zupełnie nienaturalne.

– Czytałaś Spencera, jak mniemam?

– Owszem, słyszałam o nim.

– Jeżdżenie metrem jakoś mi się z nim kojarzy. Ukuł on pewien termin w związku z teoriami pana Darwina: „przetrwanie najlepiej przystosowanych”. I muszę przyznać, że stojąc wciśnięty w jeden z tych wagonów, musiałem się z nim zgodzić.

Maria pomyślała o kobiecie ubranej we wszystkie odcienie czerwieni, z pawim piórem w kapeluszu. Posiadała ona ten rodzaj witalności, którego u arystokracji próżno było szukać.

– Co masz na myśli, Franciszku?

– Niższe warstwy społeczne, dla dobra wyższych, nie powinny się rozmnażać. Otacza nas sporo okropnych ludzi.

Na twarzy Marii pojawił się rumieniec. Choć pracowała w zawodzie od niedawna, zdążyła zauważyć już jedno – świat dzieli się na tych, którzy ją dostrzegali, i tych, dla których była niewidoczna. Lord Newry należał do tej drugiej kategorii.

Zastanawiała się, co by zrobił. Może zarządziłby sterylizację? Czy jego plan objąłby także guwernantki? Zapewne nie. Jedynie kobietę ubraną na pomarańczowo i jej siostry. Mężczyzn, którzy do nich przychodzą, by oszczędził, w przeciwnym razie trzeba byłoby eksterminować połowę studentów z Christ Church.

Rozmowa toczyła się dalej. Alicja była jeszcze zbyt młoda, by uważać, że jej opinie się liczą, Lord Newry natomiast zachęcał ją, by mówiła, zadając pytania i śmiejąc się głosem, który przypominał swą barwą stukot dzięcioła.

– Niespecjalnie lubię herbatę – oświadczyła dziewczynka.

– Doprawdy?

– Smakuje jak skórzany but.

Ptasi śmiech.

– Obawiam się, że tak właśnie smakuje, kiedy ma się… ile masz lat?

– Dziesięć, lordzie Newry.

– Otóż to. Być może kiedyś zmienisz zdanie – odparł. – Mam taką nadzieję, bo w przeciwnym razie trudno będzie ci znosić odwiedziny u znajomych.

– Ina tak szybko dorasta, niedługo sama będzie chodzić z wizytami – wtrąciła pani Liddell.

Ina wbiła wzrok w filiżankę.

– Ile masz lat, Ino? – spytał arystokrata.

– Trzynaście, lordzie Newry.

– Ach, trzynaście, tak. Znałem dziewczynkę, która w wieku lat czternastu przyjęła oświadczyny, ośmielę się więc powiedzieć, że wizyty to przy tym tyle co nic.

Maria zauważyła, że twarz Iny oblał rumieniec. Uosabiała teraz powiedzenie „spiec raka”…

– Czternaście to dość mało, ale nie miałabym nic przeciwko, gdyby to było osiemnaście lat, a na upartego i siedemnaście!

Teraz to lord Newry poczerwieniał na twarzy, choć ukrył to, zasłaniając dłonią usta przy ziewnięciu.

Dziewczęta były młode, ale być może nie na tyle małe, by nie mogły zapoznać się z czekającymi je możliwościami, pomyślała Maria.

Stojąca z tyłu Maria jako pierwsza zdołała dojrzeć, jak pan Dodgson wychodzi zza rogu z rękami wyciągniętymi do przodu, przypominając lunatyka. Miał przebarwione albo brudne dłonie, Maria od razu to dostrzegła. Kopał w ziemi? Nie były czarne, ale wyraźnie ciemniejsze z wierzchu. Poplamione. Jak zeszyt Alicji.

Jak mogła tego wcześniej nie zauważyć? Może zawsze nosił rękawiczki? Tak, chyba tak właśnie było, chociaż nie wydawało jej się to wcześniej niczym dziwnym.

Dostrzegła reakcję pana Dodgsona na pojawienie się arystokraty. Filiżanki były już w połowie puste, a Alicja i Ina w swoich najlepszych sukienkach przywarły do lorda Newry’ego z obu stron.

Rumieńce przeniosły się z jego policzków na czoło i dalej, w stronę szyi. Dodgson zakrył twarz ręką. Spojrzał na panią Liddell z uśmiechem wskazującym na niedowierzanie.

Lord Newry wziął ostatni kęs ciasta owocowego. Nie dla niego okruszki, czy to z dużą, czy niewielką ilością śliny, ani przywierająca do dziąseł masa. Każdy mały kęs przeżuty był dokładnie pod drżącym wąsem.

– Patrzcie, to pan Dodgson. Halo, halo, panie Dodgson! – wykrzyknęła Alicja.

Wyraz twarzy Dodgsona znów się zmienił. Mężczyzna ukłonił się i podniósł ręce, jakby chciał się poddać.

– O-ooobawiam się… Nie spodziewałem się nikogo dziś spotkać. Zostawiłem rękawiczki.

– Och, panie Dodgson! Znów siedzi pan w kantorku? – spytała gospodyni, przeciągając słowo „kantorek” w trzy bardzo wyraźne sylaby. – Chyba częściej bywa pan tutaj niż we własnym pokoju.

– Pró-pró-próbowałem zrobić panoramę ogrodu – wyjaśnił, opuszczając dłonie i przyciskając palce do zewnętrznej strony ud.

– To dlatego nazywają to czarną magią – zakpił lord Newry. – Nigdy dotąd nie powiązałem tych dwóch rzeczy.

– Dlaczego nazywają tak co? – zainteresowała się Alicja.

– Fotografię. To przez chemikalia. Zostawiają plamy.

Usłyszeli krzyk jakiegoś studenta dochodzący z dziedzińca, ale dźwięk tłumiła ściana z piaskowca.

– Coś o tym wiesz, lordzie Newry – powiedziała pani Liddell.

– Tak, lordzie Newry. Dzień dobry. – Dodgson stał krzywo, z jednym ramieniem uniesionym wyżej niż drugie. – Wydaje mi się, że wybierał się pan swego czasu na mój wykład.

– Bardzo możliwe. – Lord Newry nawet nie drgnął. Ręce miał splecione za głową, choć Maria zauważyła drżenie w kąciku ust. – A pojawiłem się u pana?

– Nie.

Pani Liddell uśmiechnęła się.

Pan Dodgson zacisnął wargi; wyglądał na urażonego. Maria zastanawiała się, czy robił to specjalnie, czy po prostu nie mógł się powstrzymać. Już wcześniej zauważyła u niego tę drętwość. Zawsze dbał o ubiór – własny, ale także dzieci. Nie było niczym niezwykłym, że klękał obok Alicji, by wyczyścić kciukiem jej kołnierzyk.

– Zanim odejdę… Miałem zapytać… Może to nie najlepsza pora, ale obiecałem.

– Co pan obiecał? – Pani Liddell z brzękiem odstawiła filiżankę na spodek.

– Po drodze spotkałem dzieci Aclandów. Zastanawiałem się, czy przystałaby pani na to, żebym zrobił im zdjęcie razem z pani dziećmi w dziekanacie. Zgodziłaby się pani na to?

Uśmiech pani Liddell skojarzył się Marii z głową tygrysa z podłogi w salonie, z jego wyszczerzonymi kłami.

– Och, panie Dodgson, pochlebia mi, że chce pan poświęcać tyle swojego czasu na fotografowanie moich dzieci, podczas gdy jest pan tak zajęty, nie mówiąc już o kosztach tych wszystkich chemikaliów i tak dalej.

Pan Dodgson ukłonił się i odwrócił, by odejść. Najwyraźniej odczytał jej odpowiedź jako zgodę, tak przynajmniej zdawało się Marii. Ale pani Liddell, zerknąwszy na lorda Newry, dodała:

– Zdaje mi się, że widziałam pana wczorajszej nocy przed domem. Musiało być około dziewiątej.

Dodgson odwrócił się.

– Lubię spacery. Wieczorne powietrze działa na mnie odświeżająco.

– Tak, mnie też dobrze robi. Zawsze myślę, że sporadycznie zarwane noce mogą na nas dobrze wpływać. Zgadza się pan, lordzie Newry?

Lord posłał jej ironiczny uśmieszek.

– Najzupełniej, pani Liddell.

– A co pan o tym sądzi, panie Dodgson?

 

Pan Dodgson wbijał wzrok w płytę chodnikową.

– To zależy w dużej mierze od tego, z czym by się to wio-wio-wio-wią, z czym miałoby się to wiązać.

Udało mu się w końcu wyartykułować słowo wiązać, kładąc nacisk na „ą”.

– W rzeczy samej. To zależy od tego, z czym by się to wiązało. Całonocne picie i hulanki nie posłużyłyby nikomu, ale sądzę, że nocna zabawa, taka jak bal u lorda Newry’ego, mogłaby niejednego podnieść na duchu. Wiem, że i pan spędza tak noce, również tu, w dziekanacie.

– Ale wasz bal, jak pani dobrze wiadomo, pociągałby za sobą złamanie uczelnianych zasad.

– Nie wiem, co pan ma przeciwko temu, by młodzi ludzie trochę się rozerwali. Chyba nawet pan był kiedyś młody, na miłość boską! – odparł lord Newry.

Pan Dodgson wyglądał, jakby ktoś wsadził mu kij od szczotki pod marynarkę, by nie mógł ruszyć się z miejsca. Arystokrata wyraźnie wprawił go w zakłopotanie.

Maria poczuła zaskakujące ukłucie współczucia dla pana Dodgsona.

– Nie mam nic przeciwko zabawie. Doskonale pani o tym wie, pani Liddell. Ale zasada ciszy nocnej na uczelni pozostaje niezmienna od setek lat, i jeśli pani, jeśli pani, jeśli pani złamie ją choć raz… to-to-to można ją będzie złamać po raz drugi. A potem po raz kolejny i stanie się ona zupełnie bez znaczenia.

Zasady, to właśnie Maria próbowała przekazać dzieciom. Dlatego zaskoczyła ją odpowiedź ich matki:

– A gdyby zostały złamane tylko na jedną noc? Jak rozumiem, położyłoby to kres cywilizacji!

 

Maria otworzyła szeroko usta ze zdumienia; z przyzwyczajenia chciała już coś powiedzieć, ale była teraz tylko guwernantką. Zamknęła buzię i podniosła dłoń, by podrapać się po brodzie, chcąc w ten sposób zamaskować własną reakcję.

– Nie będziemy już pana odciągać od pracy – dodała pani Liddell, odwracając się do lorda Newry’ego. – Nie chciałabym być przyczyną klęski pańskich artystycznych zmagań.

Uśmiech odprawionego przez nią pana Dodgsona był wyraźnie wymuszony.

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku