Czy powieść może być lekcją historii?

Okładka

Kiedy spojrzałam na okładkę „Wrocławskiej Madonny” od razu zdecydowałam, że muszę to przeczytać.  Jednak w moje ręce wpadły dwie książki i los, a raczej mój mąż zdecydował, że on do łóżka bierze „Madonnę”, a ja zabieram „Złoto Wrocławia” < bo grubsze :) >

Na temat „Złota” już się wypowiadałam, zatem teraz, kiedy zamiana doszła do skutku i  mogłam przeczytać „Madonnę”, powiem krótko- super!

Super się czytało, fabuła nie rozwlekła i pełna napięcia, nieprzewidywalna, co jest często moją zmorą podczas lektury powieści. Do samego końca nie wiedziałam, jak potoczą się losy Marka, czy miłość do pięknej Tamary może mieć swój happy end, no i oczywiście do końca trudno było wyczuć, losy obrazu… odnajdzie się, czy nie odnajdzie- wszak czasy cudaczne, trudne i niebezpieczne, a Polacy pokręceni jak włosy  pięknej bohaterki.  Dobrze, że to powieść, bo będę spała spokojnie, jednak świadomość prawdziwości przedstawianych czasów i układów panujących na wysokich szczeblach politycznych i sądowych, przytłacza mnie. Pamiętam tamte czasy, tylko z perspektywy biedy i kolejek, wszelkie machloje, przekręty i polityczne przepychanki nie były obiektem moich trosk. Byłam dzieckiem. Liczyło się tylko , czy mama przyniesie z „Sezamu” coś dobrego.

Dzienniki telewizyjne,  wywołały strach w oczach mamy… a ja… powoli dorastałam, w swoim tempie.

Polecam tę książkę, bo warta przeczytania, warta przypomnienia sobie czasów i uświadomienia  faktu, że był w Polsce pewien okres, który pozwolił  tzw. „władzy”, tejże władzy  nadwyrężyć i „ustawić” się na kolejne lata.

A tytułowy obraz ? Czasem marzenia pisarzy są jak modlitwa.

Renata Grześkowiak

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku