„Czerwone jak Krew”- Salla Simukka

Obrazek artykułu
Skandynawski thriller dla młodzieży autorstwa Salli Simukki. Niecierpliwi już teraz mogą zajrzeć do wnętrza.

Mawia się, że młodzież należy zachęcać do czytania, wyrabiać jak najwcześniej nawyk spędzania czasu wolnego z książką, polecać pozycje mogące pobudzić wyobraźnie itp. Biorąc pod uwagę wszystkie te elementy nie można pominąć skandynawskiego thrillera dla młodzieży autorstwa Salli Simukki.


Pierwsza część trylogii - „Czerwone jak krew” została wydana w 37 krajach i podbija serca fanów kryminału na całym świecie. Głowna bohaterka – Lumikki ma siedemnaście lat i uczęszcza do liceum. W pierwszym momencie można by pomyśleć nie wyróżniająca się z tłumu uczennica, szybko jednak zorientujemy się, że Lumikka potrafi doskonale się maskować, czego nauczyła się jeszcze w dzieciństwie aby uporać się z prześladowaniami starszych koleżanek.  Szczęściem w nieszczęściu zdolność ta okaże się niezmiernie przydatna gdy Lumikka odkryje banknoty i plamy krwi na podłodze liceum plastycznego.


Akcja nie pozwalająca oderwać się od lektury, doskonały język oraz styl to główne zalety  pierwszego w Polsce fińskiego thrillera dla młodzieży. Ciekawi już teraz mogą zapoznać się z fragmentami.


Fragmenty książki:


Ziemia skrzyła się bielą. Piętnaście minut wcześniej stary śnieg pokryła warstwa świeżego, czystego puchu. Piętnaście minut wcześniej jeszcze wszystko było możliwe. Świat wydawał się piękny, a rysująca się przed nią jaśniejsza przyszłość tchnęła spokojem i wolnością. Przyszłość, dla której warto podjąć szalone ryzyko, postawić wszystko na jedną kartę i spróbować się wyrwać raz na zawsze, za pierwszym podejściem.


Piętnaście minut wcześniej prósząca z nieba biel rozścieliła się puszystym dywanem na brudnym śniegu i wtem przestało padać tak nagle jak zaczęło, a spomiędzy chmur wyjrzało słońce. Równie pięknego dnia nie było chyba od początku zimy.


Na tej nieskazitelnej bieli z każdą chwilą przybywało czerwieni. Rozszerzała się, rozprzestrzeniała i barwiąc po drodze kryształki śniegu, przepływała na kolejne. Trochę czerwieni prysnęło dalej. Była tak jaskrawa, że gdyby miała głos, musiałaby krzyczeć.


Natalia Smirnowa wpatrywała się w splamiony czerwienią śnieg brązowymi, niewidzącymi oczami. Nie myślała o niczym. Niczego nie chciała. Niczego się nie bała.


Dziesięć minut wcześniej Natalia chciała tak dużo i bała się tak bardzo, jak jeszcze nigdy w życiu. Drżącymi dłońmi upychała banknoty do swojej torby, oryginalnego louisa vuittona. Wytężała słuch, łowiła najmniejszy szmer. Uspokajała samą siebie, tłumaczyła sobie w duchu, że nie ma się czego bać. Przecież wszystko zaplanowała. Wiedziała jednak, że nie ma planów całkowicie pewnych. Wystarczył byle podmuch, żeby zawalić wznoszony od miesięcy domek z kart.


W torebce miała paszport i bilet na samolot do Moskwy. Nic więcej ze sobą nie zabrała. Na lotnisku w Moskwie spotka się z bratem. Wynajętym samochodem zawiezie ją kilkaset kilometrów do domku letniskowego, o którego istnieniu wiedziało zaledwie parę osób. Tam będą już na nią czekać matka i jej trzyletnia córeczka Olga. Natalia nie widziała jej od ponad roku. Czy dziewczynka ją pamięta? Będą miały dość czasu, aby od nowa się poznać, bo zaszyją się w daczy przez miesiąc lub dwa. Dopóki Natalia nie uwierzy, że wreszcie jest bezpieczna. Dopóki o niej w końcu nie zapomną.


Uciszyła w myślach natrętny głos, który uparcie krakał, że nigdy nie zapomną. Nie pozwolą jej zniknąć. Wmawiała sobie, że nie jest przecież nikim ważnym i bez trudu znajdą na jej miejsce kogoś innego. Nie opłaci im się szukać.


Od czasu do czasu ludzie przepadali. Razem z forsą. Specyfika branży, skalkulowane ryzyko, nieuniknione ubytki inwentarza, jak w warzywniku – owoce się psują i trzeba je wyrzucać.


Natalia nie liczyła pieniędzy. Upychała po prostu banknoty do torebki, byle więcej. Trochę się pogniotą, ale co z tego? Zmięte pięćset euro warte jest tyle samo co gładkie. Za jeden taki papierek można kupić jedzenia na trzy miesiące, a gdy ma się głowę na karku i węża w kieszeni – nawet na cztery. Pięćset euro może na długo zamknąć człowiekowi usta. To dla wielu bardzo dobra cena za trzymanie języka za zębami.


Natalia Smirnowa, lat dwadzieścia, leżała na brzuchu z twarzą zanurzoną w lodowatej bieli. Jej policzki były nieczułe na palący ziąb. Jej odkrytych uszu nie szczypał siarczysty mróz.


W tym obcym kraju zimne wiosny są,
Natalio, ty marzniesz…


Mężczyzna nucił chrapliwie i fałszował. Natalia nigdy nie lubiła tej piosenki. Zmarznięta Natalia z fińskiego przeboju była przecież Ukrainką, a ona Rosjanką. Podobało jej się jednak, że mężczyzna śpiewa dla niej i głaszcze ją po włosach. Starała się nie wsłuchiwać w słowa. Na szczęście nie było to wcale trudne. Poznała już trochę fiński i dużo więcej rozumiała, niż sama umiała powiedzieć, ale gdy przestała się wysilać, obce słowa traciły znaczenie i zlewały się w zwykłe zbitki dźwięków, spływające cicho z ust mężczyzny na jej nagą szyję.


Pięć minut wcześniej Natalia myślała o innym mężczyźnie i o jego nieporadnych dłoniach. Czy będzie za nią tęsknił? Może trochę. Odrobinkę. Niedługo, bo naprawdę jej nie kochał. Gdyby faktycznie kochał, załatwiłby jej sprawy, co tyle razy obiecywał. W końcu dziewczyna musiała sama wziąć wszystko w swoje ręce.


Dwie minuty wcześniej Natalia z trudem domknęła torbę, która pękała w szwach. Szybko zatarła ślady swojej bytności i w holu zerknęła jeszcze w lustro. Utlenione włosy, brązowe oczy, cienkie brwi i jaskrawoczerwone usta. Była blada. Pod oczami kręgi po nieprzespanej nocy. Pora iść. W ustach czuła smak wolności i lęku. Smak żelaza.


Dwie minuty wcześniej zatrzymała spojrzenie na swoich oczach w lustrze i uniosła podbródek. Nie może przepuścić takiej okazji. Czemu i ona nie mogłaby czegoś z tego mieć?


Wtedy usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Zamarła. Jedne kroki, potem drugie, i jeszcze trzecie. Trójka. Do środka weszła trójka. Pozostała jej tylko ucieczka.


Minutę wcześniej Natalia wbiegła do kuchni i dopadła drzwi na taras. Nie mogła ich otworzyć trzęsącymi się dłońmi. Jednak jakimś cudem klamka ustąpiła i Natalia wybiegła na ośnieżony taras, a potem do ogrodu. Kozaki grzęzły w śniegu, ale biegła, nie oglądając się za siebie. Nic nie słyszała. Zdążyła nawet pomyśleć, że może wyjdzie z tego cało, że jej się uda, ucieknie i wygra z nimi.


Trzydzieści sekund wcześniej rozległo się tępe mlaśnięcie. Kula wystrzelona z pistoletu z tłumikiem przeszyła płaszcz Natalii Smirnowej i wbiła się w plecy, otarła o kręgosłup i rozszarpała wnętrzności, niszcząc na końcu rączkę torebki, którą Natalia przyciskała do brzucha. Kobieta upadła w czysty, dziewiczy śnieg.


Kałuża pod nią rozpływała się na wszystkie strony, pożerając biały puch. Czerwień była jeszcze nienasycona i ciepła, lecz z sekundy na sekundę stygła coraz bardziej. Zbliżały się powoli ciężkie kroki. Ale Natalia ich nie słyszała.


(…)

Była sobie raz dziewczynka, która się nie bała.


Biegała tak, jak biegają ludzie, którzy nie boją się upaść. Jej zwinne i mocne nóżki śmigały przez kamienie i pnie. Czuła pod stopami miękkie mchy, ciepły od słońca piasek, kłujące igły świerków, mokrą od rosy trawę. Wierzyła, że nogi poniosą ją wszędzie, gdzie zapragnie pobiec.


Śmiała się tak, jak śmieją się ludzie, których jeszcze nie ośmieszono. Jej śmiech dobywał się z głębi brzucha. Wypełniał klatkę piersiową, bulgotał w gardle, łaskotał język. Na koniec, rozedrgany, roznosił się na zewnątrz na wszystkie strony i dosięgał jabłoni, które okrywały się nagle kwieciem, strzelając pąkami. Od tego śmiechu całe otoczenie zdawało się jaśniejsze i cieplejsze. Często kończył się czkawką, ale dziewczynce to nie przeszkadzało, bo czkawka wywoływała kolejny wybuch śmiechu.


Ufała tak, jak ufają ludzie, którzy nigdy nie stracili gruntu pod stopami, którzy nigdy nie zostali przez nikogo zdradzeni. Zwieszała się ufnie głową w dół. Wierzyła, że choćby nawet zaczęła spadać, ktoś ją na pewno zdąży złapać.


Była sobie raz dziewczynka, która nauczyła się bać.


Bajki tak się nie zaczynają. Tak zaczynają się inne, mroczniejsze opowieści.


Lumikki znowu była dziewczynką. Miała dziewięć lat. Albo dziesięć. Albo dwanaście. W tym piekle lata zlewały się ze sobą w jedną, czarną pulpę. Nie była w stanie sobie przypomnieć, co się kiedy wydarzyło. Nie była w stanie odróżnić prawdy od koszmaru. Co do jednego nie miała wątpliwości. Nigdy nie bała się bez powodu.


Siedziała zwinięta w kłębek i nasłuchiwała. Potrafiła się schować w niewiarygodnie ciasnych skrytkach. Mieściła się w szafie, mieściła się w mrocznym, zagraconym kącie garderoby, mieściła się na płask w miejscach, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy jej szukać. Potrafiła siedzieć tak cicho, że zwykły oddech brzmiałby przy niej jak wiertarka z udarem.


Z nosa jej ciekło. Nie zwracała na to uwagi. Stłumiła przemożną chęć wciągnięcia powietrza przez nos albo wytarcia smarków rękawem. Wodnisty gil spływał na wargi. Nie oblizała go. Ściekał powoli na brodę i skapywał na kolana. Nieważne. Dżinsy i tak były już brudne. Mama będzie się w domu dziwić. Ale Lumikki nic nie powie.


Były takie sprawy, o których najlepiej milczeć. Takie sprawy, które od mówienia tylko się pogarszały.


Lumikki nasłuchiwała. Słyszała zbliżające się kroki. Skupiła się na tym, aby zachować spokój. Jeśli ulegnie strachowi, nie wytrzyma w absolutnej ciszy. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie biały, dziewiczy puch. I siniejący zmierzch. I zająca, który przebiegł przez śniegową czapę, wyciskając w niej równe, piękne ślady. Dwa małe kółka jedno za drugim, a potem dwa wydłużone tropy obok siebie. Te ślady ją uspokajały.

Nic złego nie może się wydarzyć, gdy zając kica sobie spokojnie przez śnieg.


Nic złego nie może się wydarzyć, gdy zmierzch gęstnieje w noc i na niebie zapalają się pierwsze gwiazdy. Kwadrat Pegaza.


Nic złego nie może się wydarzyć, gdy zupełnie blisko widać domek i lampę nad schodami.


Lumikki słyszała, jak kroki się oddalają. Mogła wreszcie oddychać trochę swobodniej.


Zdołała się ukryć. Nie znalazły jej.


Jakby to było nie bać się każdego dnia?


Lumikki nie zbudziła się nagle. Przechodziła stopniowo ze snu do jawy, czuła, jak nogi i ręce zaczynają rosnąć, jak dziecinne ciało staje się kobiece, kłębek się rozwija i plecy prostują. Uzmysłowiła sobie lata, które ją dzieliły od Lumikki ze snu. Nie była już małą dziewczynką. Miała siedemnaście lat. I już od dawna nie musiała się bać każdego dnia.


Aż do teraz. Bo wmieszała się w nie swoje sprawy.


(…)

Była sobie raz noc, która nigdy się nie kończyła. W jej mrocznej paszczy przepadło słońce, a zimne, czarne łapska rozczapierzone nad światem zdławiły wszystkie promienie światła. Noc na zawsze zakleiła ludziom oczy, spali więc teraz głębiej i mieli dziwaczniejsze sny niż kiedyś, a zatraciwszy się w nich i postradawszy pamięć , błądzili między śnionymi przez siebie istotami. Noc malowała na ścianach domów swoje najpotworniejsze obrazy, z których pouciekały wszelkie kolory. Jej zimny, duszący oddech wnikał do płuc śpiących i przemieniał je w czarną pulpę.


Lumikki łapczywie nabrała powietrza i otworzyła oczy. Była zlana potem i czuła, że się dusi. Musiała zrzucić z siebie kołdrę i wstać z łóżka. Wsunąć stopy w jeżyki. Podejść do okna i spojrzeć na park, utopić kamienny ciężar koszmaru w nieokreślonej, majaczącej pustce. Księżyc oświetlał zaspy, dachy, huśtawki i drabinki na placu zabaw, pokrywając wszystko srebrną folią. Cienie leżały nieruchomo jak postaci wymalowane węglem na śniegu.


W oknach dwóch różnych mieszkań paliło się światło. Nie tylko Lumikki nie spała o 3.45 nad ranem. Absurdalna pora na łażenie, przeciwna ludzkiej naturze. O tej godzinie po ulicach krążą jedynie koszmary, których czuwający człowiek nie umie odróżnić od czarnych cieni. Mróz przyozdobił dolną krawędź szyby koronkowym wzorem. Lumikki instynktownie dotknęła zimnego szkła, choć dobrze wiedziała, że igiełki lodu są po drugiej stronie. Ciepło dłoni ich nie roztopi. Z nieszczelnego okna wionął na palce lodowaty dech. Lumikki przeszły ciarki, cofnęła rękę.


Dawniej budziła się w środku nocy z nadzieją, że słońce już nigdy nie wstanie. Śniła wtedy o wiecznej nocy, śniła swój sen wyzwolenia. Teraz tamten sen był dla niej koszmarem. Wiele się zmieniło. Wtedy wstawała rano rozczarowana, że trzeba wyjść z łóżka i zmierzyć się z dniem, który prawdopodobnie nie przyniesie jej nic dobrego, ale dużo złego – więcej niż mógłby znieść normalny człowiek. Ona jednak wytrzymywała, wytrzymywała latami. Może więc była nienormalna, jak jej mówili.


Lumikki wróciła pod kołdrę do ciepłego łóżka. Zmęczenie zaciążyło na powiekach i do rana nie śniło się jej już nic strasznego. W ogóle nic jej się nie śniło, a w każdym razie niczego nie pamiętała.


Obudziła się, gdy słońce już mocno świeciło. Po dziesiątej. Była dziwnie wypoczęta i rześka. Tak chyba powinien czuć się rano człowiek, a nie jak wielokrotnie zmartwychwstały zombi. Lumikki nie aprobowała wagarowania, tym razem jednak uznała ten pomysł za całkiem dobry.

 

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku