Charles Bukowski- „Najpiękniejsza dziewczyna w mieście”.

Obrazek artykułu
Proza Bukowskiego liczy sobie wielu fanów. Wszyscy pragnący powrócić do autora, odkryć go na nowo lub poznać ( bo nie wiedzieć czemu nie zdarzyli), teraz zyskują niepowtarzalna okazje. „Najpiękniejsza dziewczyna w mieście” w nowej szacie graficznej. Do zbioru opowiadań można zajrzeć już teraz.

Zbiór opowiadań „Najpiękniejsza dziewczyna w mieście” pozwoli nam przyjrzeć się powstawaniu autentycznej undergroundowej gazety („Open City”), do której autor pisywał felietony. O ile jednak grupa jest autentyczna opowieść została ubrana w fikcje oraz dużą dawkę satyry.


Bukowski po raz kolejny dowodzi, że potrafi być wręcz boleśnie szczery, bo przecież realizm i prawda czasem smakuje gorzko, czy jednak nie takie jest prawdziwe życie? Brudne, czasem wręcz ohydne, upajające chwilą, oślepiające wielobarwnością osobowości, a jednak zawsze go mało…



Fragment książki:


Narodziny, żywot i upadek gazety podziemnej (fragment)

Z początku było kilka spotkań u Joe Hyansa, ale zwykle przychodziłem zalany, więc niewiele pamiętam z powstania „Otwartej Cipy”, gazety podziemnej, i dopiero później mówili mi, co się działo. A raczej, co wyrabiałem.

Hyans: — Powiedziałeś, że wyrzucisz wszystkich na ulicę i że zaczniesz od tego kaleki na wózku. Wtedy on się rozpłakał i ludzie zaczęli wychodzić. Walnąłeś jednego faceta w głowę butelką.

Cherry (żona Hyansa): — Za nic nie chciałeś iść do domu i wypiłeś całą butelkę whisky i powtarzałeś, że wyruchasz mnie przy biblioteczce.

— I co, zrobiłem to?

— Nie.

— Aha, no to następnym razem.

Hyans: — Posłuchaj, Bukowski, próbujemy się jakoś zorganizować, a ty przychodzisz i to rozpirzasz. Jesteś najwstrętniejszym moczymordą, jakiego w życiu widziałem!

— Dobra, kładę na to lachę. Pierdolę. Kogo obchodzi jakaś gazeta?

— O nie, chcemy, żebyś pisał felieton. Uważamy, że jesteś najlepszym pisarzem w Los Angeles.

Podniosłem rękę ze szklanką.

— To skurwysyńska obraza! Nie przyszedłem tu, żeby mnie obrażano!

— No dobrze, to może najlepszym w całej Kalifornii.

— No masz, znowu mnie obrażasz!

— W każdym razie chcemy, żebyś pisał felieton.

— Jestem poetą.

— A jaka jest różnica między poezją a prozą?

— Poezja mówi za dużo w zbyt krótkim czasie, proza mówi za mało i za długo się ciągnie.

— Chcemy felieton do „Otwartej Cipy”.

— Nalej mi jeszcze i masz załatwione.

Hyans nalał. Zgodziłem się. Dopiłem i poszedłem do swojej nory, myśląc, że robię błąd. Miałem prawie pięćdziesiąt lat, a skumałem się z tymi długowłosymi, brodatymi gówniarzami. O Boże, wdechowo, ojczulku, wdechowo! Wojna to gówno. Wojna to piekło. Chuj, no to nie walcz. Wiem o tym wszystkim od pięćdziesięciu lat. Mnie to tak nie rajcowało. A, no i nie zapomnij o marysi. O działeczce. W dechę, serdeńko!

W domu znalazłem pół kwarty, cztery puszki piwa, wypiłem i napisałem pierwszy artykuł. Był o kurwie ważącej sto trzydzieści pięć kilo, którą wyjebałem kiedyś w Filadelfii. Dobry artykuł. Poprawiłem literówki, zwaliłem gruchę i poszedłem spać…

Zaczęło się na parterze w dwupiętrowym domu wynajmowanym przez Hyansa. Przyszło paru półdupnych ochotników, stawiano pierwsze kroki i wszyscy byli zaaferowani oprócz mnie. Lustrowałem dziewczyny, szukając dobrej dupy, ale wszystkie wyglądały i zachowywały się jednakowo — dziewiętnaście lat, blond włosy z czarnymi odrostami, mały tyłek, małe cycki, przejęte, zajęte i zarozumiałe nie wiedzieć czemu. Ilekroć dotykałem którejś moimi pijanymi łapami, zachowywała się dość spokojnie. Dość.

— Posłuchaj, dziadku, jedyne, co chcemy, żeby się podniosło, to flaga Północnego Wietnamu!

— A tam, i tak ci pewnie capi z pizdy!

— Och, ty stary świntuchu. Ale jesteś… obrzydliwy!

Potem wychodziły, kręcąc do mnie tymi swoimi pysznymi krąglusimi dupeczkami, ściskając w ręku zamiast malinowej główki mojego interesu jakiś smarkaty tekst o gliniarzach, którzy obcesowo traktują dzieciaki na Bulwarze Zachodzącego Słońca i zabierają im batony. Oto ja, największy żyjący poeta po Audenie, a nie mogę nawet wyruchać psa w dupę…..

Gazeta zbytnio się rozrosła. Albo raczej Cherry zaczęło martwić moje wylegiwanie się po pijaku na kanapie i łypanie na jej pięcioletnią córeczkę. Sprawy zaszły za daleko, kiedy mała zaczęła mi siadać na kolanach, wiercipięta, mówiąc:

— Lubię cię, Bukowski. Porozmawiaj ze mną. Przyniosę ci drugie piwo.

— Tylko wracaj migiem, słonko!

Cherry: — Słuchaj, Bukowski, ty stary zboczeńcu…

— Cherry, dzieci mnie uwielbiają, nic na to nie poradzę.

Dziewczynka, Zaza, przybiegła z piwem i wpakowała mi się na kolana. Otworzyłem piwo.

— Lubię cię, Bukowski. Opowiedz mi coś.

— Dobrze, dziecino. Dawno, dawno temu był sobie starszy facet i mała dziewczynka, którzy zabłądzili w lesie…..

Cherry: — Posłuchaj, ty stary zboczeńcu…

— Ej, ej, Cherry! Ale ty masz brudne myśli!

Pobiegła na piętro szukać Hyansa, który akurat robił kupę.

— Joe, Joe! Musimy przenieść redakcję gdzie indziej! Mówię poważnie…!

Znaleźli pusty budynek od ulicy, dwa piętra, i pewnej nocy, pijąc portwajn, przyświecałem Hyansowi latarką, a on włamał się do aparatu w budce telefonicznej przy tym budynku i tak pozamieniał druty, żeby mieć numer za darmochę. Mniej więcej w tym samym czasie jedyna poza naszą gazeta podziemna w Los Angeles — „Wolna Prasa” — oskarżyła go o kradzież listy ich stałych czytelników. Wiedziałem oczywiście, że Joe ma zasady moralne, skrupuły i ideały — dlatego rzucił robotę w wielkomiejskiej gazecie. Dlatego rzucił robotę w tej drugiej podziemnej gazecie. Joe był kimś na podobieństwo Chrystusa. Powaga.

— Trzymaj porządnie tę latarkę…

Rano u mnie w domu zabrzęczał telefon. Dzwonił mój przyjaciel Mongo Gigant od Wiecznego Odlotu.

— Hank?

— Co?

— Cherry była u mnie wczoraj.

— No i?

— Miała tę listę czytelników. Była bardzo zdenerwowana. Chciała, żebym ją gdzieś ukrył. Powiedziała, że Jensen węszy. Schowałem tę listę w piwnicy pod plikiem szkiców, które Jimmy Karzeł narysował przed śmiercią.

— Zerżnąłeś ją?

— Po co? Sama skóra i kości. Posiekałaby mnie żebrami, jak bym ją dymał.

— A zerżnąłeś Jimmy’ego, chociaż ważył tyle co duży pies.

— Ale on miał osobowość.

— Ta?

— No ta.

Rozłączyłem się…
(…)

 

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku