Zbigniew Klimczak

Awatar użytkownika
Strona autora
Ktoś, kto kupił i czyta książkę danego autora, w jakimś sensie przebywa też z nim a to oznacza, że ma prawo wiedzieć o nim coś więcej. Uważam za stosowne powiedzieć kilka słów o sobie.

Urodzony w zamierzchłym 1934 r. we Lwowie. Rzucany losami wojny, wylądowałem w końcu w Katowicach. Przygodę z żeglarstwem rozpocząłem w 1954 r. na WJM...w kajaku!? To nie żart, był to spływ kajakowy Krutynią i jeziorami Puszczy Piskiej. Jak dotarliśmy na j. Nidzkie, już za wyspy, wiał piękny wiaterek w plecy. Ponieważ wcześniej patrzyłem z zazdrością na kilka mijających nas jachtów, pozazdrościłem im. Wyjąłem z wyposażenia PTTK prześcieradło zszyte w kopertę, naciągnąłem na wiosła i za darmo przeleciałem aż za Zamordeje. To było coś wspaniałego, ale nawet do głowy mi nie przyszło, że to będzie mój sposób na życie. Mało tego - zdając sobie sprawę jak cudowną rzeczą jest żeglarstwo, zacznę je ze wszystkich sił i na każdy sposób promować. To prześcieradło odmieniło moje życie.

Po powrocie do Katowic zacząłem szukać kontaktu z żeglarstwem i trafiłem na Pogorię I, k/Dąbrowy Górniczej. To kolebka wielu znanych i mniej znanych śląskich żeglarzy i to sprzed wojny. Istniało tam już kilka klubów i ośrodków. Trafiłem do Sekcji żeglarskiej LOK przy Hucie Kościuszko w Chorzowie. To o czym teraz napiszę nie będzie zbyt zrozumiałe dla dzisiejszych chętnych na żeglarską przygodę, ale uwierzcie mi, tak było. Po wstąpieniu do sekcji przez dwa lata skrobałem kadłuby przedwojennych Omeg, starej DZ-ty i BM-ki. Remontowałem hangar, pieliłem rabatki i robiłem wszystko to, co bosman wszechwładny polecił. Jak był zadowolony to wsadził na jakąś łódkę, do załogi.

Co roku, po sezonie, Zarząd Sekcji ogłaszał listę członków, Uwaga (!): ci, którzy zasłużyli się w pracach, byli typowani na szkolenie na stopień żeglarza ( to nie pomyłka, wtedy były to stopnie). No i w 1956 r. stało się. W jesieni byłem żeglarzem jachtowym, czyli zwykłym ciurą pokładowym, mówiąc formalnie, wykwalifikowanym członkiem załogi. "Tylko" dwa lata takiej samej pracy i trochę żeglowania po Pogorii i zawisłem na liście Zarządu, wytypowany na szkolenie w COS Trzebież. Nawet nie wiedziałem, co to jest, bo dotychczas każdy znał i marzył o Jastarni. Ale po odwilży i reaktywowaniu PZŻ uruchomiono nowy ośrodek szkoleniowy, właśnie w Trzebieży, nad Zalewem Szczecińskim. Miałem honor, zaszczyt i ciężką pracę przy napełnianiu słomą sienników na I turnus szkoleniowy. To był lipiec 1959r. Łza się w oku kręci, co z tym pięknym ośrodkiem w latach późniejszych wyprawiał PZŻ i jaki finał go spotkał. Podobno jest sprzedawany po kawałku. Niektórzy tak mają, co nie wezmą to spieprzą.

Kurs, to było 3 tygodnie ciężkiej pracy i nauki. Wspaniała kadra, która nie tylko dała mi wiedzę i umiejętności, ale stanowiła dla mnie wzór na całe życie.

Na zakończenie rejs dla sześciu szczęśliwców pod Bornholm. Załapuję się, ponieważ "podpadłem" Komendantce Szkoły z nawigacją. Płynę jako I oficer. Oczywiście na pokładzie są dwaj kapitanowie z prawdziwego zdarzenia : kpt. Władysław Pallavicini i kpt. Witold Kowalenko. Na kursie był też instruktor, którego nazwiska nie pamiętam, ale zapamiętałem przygodę z nim. Prowadził zajęcia na wodzie i wykłady z sygnalizacji. Normalny cywil, aż okazało się, że to ksiądz. Oczywiście nie dawaliśmy po sobie poznać, że wiemy o tym. W czasie zajęć na wodzie przepływała koło nas barka z suszącymi się na pokładzie majtkami i biustonoszami. Jakiś dowcipniś spośród nas niewinnie zapytał : instruktorze, a jaki to sygnał? Instruktor obejrzał się przez ramię i spokojnie rzekł : kobieta na pokładzie! Po latach czytałem w prasie, że został biskupem na Pomorzu. Słusznie!

W wielkim skrócie; potem założyłem klub w Hucie Baildon, tam powstały dwa Piraty, potem przerwa i budowa w 1977 r. klubu Huta Katowice (obecnie OPTY). W czasach świetności liczył ponad 300 członków, dwa ośrodki, 13o jednostek pływających, w tym ponad 30 kabinowych. Baza na WJM, Zalewie Wiślanym i na Solinie. Jakoś, nie wiedząc jak, zostałem działaczem PZŻ a niebawem wiceprezesem ( jednym z kilku) Katowickiego OZŻ. Zajmowałem się szkoleniem. Z inicjatywy Prezesa OZŻ organizuję Dziecięcą szkółkę żeglarską w Katowicach, która zdobyła dość dużą sławę w Polsce, a na katowickim osiedlu przewinęło się przez nią kilkaset dzieciaków. Mój film o niej pt. "Jungi z bloków" otrzymał w 1988 r. III nagrodę na Festiwalu Filmów Żeglarskich w Katowicach i Dyplom Wojewody za walory wychowawcze. Z ramienia OZŻ zająłem się projektowaniem a następnie budową śląskiej stanicy nad j. Tajty na WJM.

To szczyt mojej aktywności w tym stowarzyszeniu, ponieważ trochę na uboczu, ale toczyły się już spory na temat stylu edukacji żeglarskiej. Próby poprawy nie dały efektów. Czarę goryczy przelewa "zmiana" przepisów z 1997r. Z obietnic zespołu redakcyjnego tych zmian nie wyszło zupełnie nic, jeśli nie policzymy likwidacji z programu przedmiotu Historia żeglarstwa. Zaczynam już głośno atakować system szkolenia a po kilku latach, przekonany o jeg

Książki autora

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku

Partnerzy

Subiektywnie o książkach
Dwumiesięcznik SOFA
Wydawnictwo Psychoskok
Wydawnictwo MG
Kuźnia Literacka
Zażyj Kultury
Fundacja  Polonia Union
Kulturalne rozmowy - Sylwia Cegieła
Sklep internetowy TylkoRelaks.pl
CoCzytamy.pl