Albert Espinosa „Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę… ale musisz mnie poprosić”.

Obrazek artykułu
Kolejna powieść hiszpańskiego dramaturga, prozaika, reżysera i aktora- Alberta Espinosa

Albert Espinosa nazywany  „Almodóvarem hiszpańskiego teatru”  po raz kolejny zmusza do myślenia. Powieś „Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę… ale musisz mnie poprosić” z pewnością nie należy do łatwych ale to właśnie jej sekret, który przyciąga czytelników.


Razem z narratorem, jednocześnie  głównym bohaterem powieści Danim przyjdzie nam wiele przemyśleć. Dani jest karłem poszukującym zaginionych dzieci, choć jak się przekonamy przyjdzie mu odnaleźć o wiele więcej we własnym wnętrzu.  Wyspa Capri na którą prowadzi trop stanie się wrotami otwierającymi świat wspomnień. Szukając zaginionego dziecka, Dani zdaje się spotka z własnym „ja”. Czy uda mu się uratować poszukiwanego malca i samego siebie aby zacząć od nowa? O tym przekonamy się w trakcie lektury.

 


Fragment książki:


Rozdział 3
Samotność tego, na kogo nikt nie czeka


W dniu, w którym poznałem pana Martína, przyjęto mnie w wieku dziesięciu lat do szpitala na operację wycięcia migdałków, a jemu mieli właśnie usunąć półtora płuca.

Wchodząc do sali, tak bardzo się bałem, że swym lękiem dodałem mu otuchy.

— Myślałem, że nikt na świecie nie odczuwa większego strachu niż ja, ale widzę, że ty boisz się trzy razy bardziej. To mnie uspokaja — oznajmił poważnie.

Był potężny, miał prawie dwa metry wzrostu i ważył niemal sto pięćdziesiąt kilo.

Wszystko w nim było ogromne, przekroczył już dziewięćdziesiątkę, a szarawa broda przesłaniała mu całą twarz.

Przestraszyłbym się, gdybym go spotkał na ulicy, ale tam, w szlafroku, który nie zakrywał mu nawet pośladków, wydawał mi się całkowicie niegroźny.

Rodzice poszli załatwić mój wpis do szpitala. Cieszyłem się, że ich nie poznał. Wtedy jeszcze się ich wstydziłem.

Moim wielkim sprzymierzeńcem wobec tego olbrzyma była pielęgniarka, która nie wydawała się zbytnio mną
zainteresowana, ale miała odpowiednie wzrost, wagę i wiek.

Moja tarcza zniknęła jednak, gdy tylko znalazłem się w ogromnym łóżku.

Zostałem sam z najbardziej niezwykłym człowiekiem, z jakim dzieliłem w życiu oddech. Nikt inny nie pozbawiał mnie tchu do tego stopnia ani nie sprawiał, że czułem tak blisko jego tchnienie.

Milczeliśmy. Wciąż mi się przyglądał.

Przez niemal dwie minuty trwało wielkie napięcie. Wyczuwał mój strach, ale nie wyglądało na to, że mnie zaatakuje. W końcu przerwał ciszę.

— Mam na imię Martín. A ty?

Wyciągnął do mnie rękę. Wahałem się, czy ją uścisnąć.

Rodzice uczyli mnie, bym nigdy nie zadawał się z nieznajomymi. Chociaż, teoretycznie, Martín nie był całkiem obcy, skoro miałem przez kolejne trzy noce pozostawać u jego boku, jeśli nic się nie skomplikuje.

To dziwne. Był nieznajomym, który miał wkrótce, z konieczności, stać się kimś bliskim.

— Dani…

Powiedziałem to niemal szeptem. Ale myślę, że usłyszał.

Uścisnąłem mocno rękę, którą do mnie wyciągnął. Uśmiechnął się, nie ściskając mojej. Miło było poczuć, że miałem więcej siły niż on.

Chciałem mu coś powiedzieć, ale akurat w tym momencie zjawił się sanitariusz, by zabrać go do sali operacyjnej.

Mówił głośno. Ludzie mają zwyczaj mówić tak do osób starszych. Sądzą, że ułatwiają im życie, podnosząc głos albo obniżając poziom ich witalnej energii.

— Panie Martín, pora iść na salę operacyjną. Gdzie pańska osoba towarzysząca?

Pan Martín dał mu znak ręką, by zniżył ton. Zrobił to w zabawny sposób.

— Nie mam osoby towarzyszącej — odparł po chwili bez odrobiny wstydu.

— Nie ma pan nikogo, kto by czekał na zewnątrz, kiedy będzie pan operowany? — powtórzył dwudziestolatek niemal grubiańskim tonem.

— Wiele osób będzie czekało na mnie, jeśli operacja się nie uda, ale nie ma nikogo, kto by czekał, jeśli się powiedzie.

Tym razem sanitariusz poczuł się zawstydzony.

— Przykro mi — mruknął.

— Mnie nie. To już nie mój czas. Jest zatem rzeczą normalną, że nie ma już przy mnie moich bliskich, prawda?

Wszyscy trzej pogrążyliśmy się znów w milczeniu.

Nie wyobrażałem sobie nigdy, by człowiek nie miał nikogo, kto wyczekiwałby zdenerwowany pod drzwiami sali operacyjnej. Kogo wychodzący lekarz mógłby uspokajać w razie przedłużania się operacji lub problemów wynikających z jakichś komplikacji.

— Co mają panu zrobić? — spytałem, starając się naśladować jak najlepiej ton dorosłego.

Odwrócił się i znów wbił we mnie wzrok.

— Zostawią mi tylko połowę płuca. Tyle, bym mógł wdychać i wydychać trochę powietrza. W moim wieku nie potrzebuję zresztą wiele więcej. Powiedziano mi, że można żyć nawet z jedną czwartą płuca. A więc będę miał aż za dużo…

Byłem wstrząśnięty. Traciłem migdałki, a mieli mi towarzyszyć rodzice, dwoje żyjących jeszcze dziadków i brat. On tracił część płuc i nie miał przy sobie nikogo…

Chyba wtedy odkryłem, że świat jest niesprawiedliwy. Od tamtej pory byłem świadkiem tylu przypadków
niesprawiedliwości, że przestałem je liczyć i pozostawałem na nie obojętny.

— Ja będę na pana czekał — oznajmiłem, niemal nie zdając sobie sprawy z tego, co mówię.

Po raz pierwszy się uśmiechnął. Było w tym uśmiechu wiele radości.

Podszedł, żeby mnie uścisnąć. Przekazał mi tym uściskiem cały strach, który odczuwał przed operacją mającą pozbawić go możliwości wdychania takiej ilości powietrza, jakiej zapragnie.

— Dziękuję —wyszeptał. — Lepiej wychodzić stąd, wiedząc, że ktoś będzie na ciebie czekał. Będę miał wrażenie, że występuję dla kogoś, a to ważne… Wiedziałeś, że w teatrze spektakl odbywa się tylko wtedy, gdy na widowni jest co najmniej tylu widzów, ilu aktorów na scenie?

Pokręciłem głową.

— Teraz mogę już wystąpić, bo patrzy na mnie widz. Zrobię to dla ciebie jak najlepiej.

Zwolnił uścisk i przestał szeptać.

Sanitariusz zabrał go i gdy zostałem sam, zrozumiałem, jak wielką wziąłem na siebie odpowiedzialność.

Miał spędzić około ośmiu godzin na sali operacyjnej, a ja byłem zdecydowany zachowywać się jak oddana mu osoba towarzysząca.

Dziesięcioletni chłopak odpowiedzialny za dziewięćdziesięcioletniego starca.

Wtedy wydawało mi się to czymś normalnym… W tej chwili uważam, że było to dziwne.

Teraz jednak wszystko jest inne, bez niej, bez naszego kodu miłości zostałem trochę sierotą.

Wiem, że chcecie wiedzieć, czy pan Martín wrócił z sali operacyjnej z połową płuca, ale muszę opowiedzieć wam dalej o podróży, którą odbyłem, zanim spotkałem staruszkę, której zdaniem tekstom niektórych piosenek o miłości brakuje jednego wersu, aby były kompletne.

Dlatego musimy wrócić do mojej rozmowy telefonicznej i nowej pracy, którą chciano mi zaoferować…


Rozdział 5
Żarówki, które się zapalają, gdy Edison gaśnie


Miałem trzynaście lat, gdy pierwszy i ostatni raz pojechałem na Capri. Trzy lata wcześniej wycięto mi migdałki i prawdę mówiąc, wcale mi ich nie brakowało.

Wielką zmianą, jaka zaszła w ciągu tych trzech lat, było pojawienie się na moim policzku czerwonej plamki, która powiększała się, gdy się czegoś wstydziłem.

Miałem czasem wrażenie, że wyglądam jak pajac z jednostronnym makijażem, i w istocie nie tylko ja tak sądziłem.

W szkole niektórzy nazywali mnie „karłowatym pajacykiem”. Mówili, że jestem pajacykiem, a nie pajacem, bo brakuje mi różu na drugim policzku. Skąd wzięło się słowo „karłowaty”, wyjaśnię wam później…

Z powodu tej pieprzonej plamki i dlatego, że próbowali domalować mi flamastrem tę drugą, biłem się ciągle z tymi, którzy mi dokuczali… Nigdy jednak nie byłem ani silny, ani wysoki, ani też nie umiałem walczyć, więc prawie zawsze przegrywałem te potyczki.

Wiele razy wracałem do domu, mając nad czerwoną plamką siniak pod okiem. Moi rodzice cierpieli i starali się dodać mi otuchy. Ale byli tacy sami jak ja…

Teraz wydaje mi się to komiczne. W przeszłości absolutnie nie było, lecz dzisiaj tak to postrzegam. Upływ czasu nadaje zwykle komiczny rys dramatycznym wydarzeniom.

W dniu, w którym wróciłem z dwojgiem podbitych oczu i kilkoma połamanymi żebrami, postanowiłem uciec z domu.

Nienawidziłem szkoły. Rodzice, choć mnie rozumieli, nie potrafili mi pomóc. Mieli dość własnych problemów. Jeszcze wam o tym opowiem.

Pamiętam, że pewnego dnia, gdy byli w podróży, spakowałem niewielki plecak i postanowiłem wyruszyć do jakiegoś miejsca, gdzie nie podbijają człowiekowi oczu. Wiedziałem, że musi takie istnieć, chociaż nie byłem tego pewien.

Nie zdążyłem jednak uciec. W drzwiach natknąłem się na policję. Nie wyobrażałem sobie nigdy, że funkcjonariusze mogą zdemaskować plany dzieciaka i w ostatniej chwili uniemożliwić mu ucieczkę. Ale nie przyszli po mnie, lecz z powodu moich rodziców, aby przekazać mi związaną z nimi złą wiadomość.

Moi rodzice zginęli w dniu, w którym chciałem uciec z domu. Chyba nigdy się z tego nie otrząsnę.

Zostałem pod opieką brata, który skończył już osiemnaście lat. W szkole nic się nie zmieniło na lepsze, a w domu wszystko się pogorszyło. Mój brat zawsze był skurwielem, a kiedy skurwiel zastępuje ci ojca, sprawy jeszcze bardziej się komplikują.

Tak więc dziesięć miesięcy po stracie rodziców postanowiłem ponownie uciec. Tym razem w drzwiach nie było policji.

Wiedziałem, dokąd chcę jechać. Pragnąłem udać się do miejsca, o którym ktoś powiedział mi kiedyś, że jest magiczne. Magia miała kształt wyspy… Capri.

Minęło wiele dni, nim dotarłem do Neapolu. Była to odyseja, której opisu wam oszczędzę. Tam wsiadłem na prom płynący na Capri… Na jego pokładzie poznałem Goerge’a.

Miał jakieś sześćdziesiąt trzy lata i był bardzo krzepki. A ja nie mogłem się doczekać, kiedy skończę czternaście i nabiorę sił. Dzieliło nas pięćdziesiąt lat doświadczeń, pragnień i tęsknot.

Znajdowaliśmy się obaj na rufie promu. Ani bardzo blisko, ani bardzo daleko od siebie. Starałem się do nikogo nie zbliżać. Chciałem tylko bez problemów dotrzeć na tę magiczną wyspę.

Widziałem, że George mi się przygląda. Chyba odgadł, że uciekłem z domu, gdy tylko wszedłem na pokład, i obserwował mnie.

Od czasu gdy poznałem pana Martína, nikt nie przejrzał tak łatwo moich zamiarów, nie zamieniając ze mną ani słowa.

— Uciekasz? — spytał wystarczająco głośno, bym go usłyszał, nie odrywając wzroku od żółtej książki, którą czytał.

Przestraszyłem się.

Nigdy nie sądziłem, że można tak łatwo przeniknąć do mojego świata.

Chciałem oddalić się od tego człowieka, który patrzył w książkę, a czytał w mojej twarzy… Ale coś mnie powstrzymywało.

Nie odpowiedziałem. On nie spytał ponownie. Po kilku sekundach odezwał się znowu:

— Mam na imię George i płynę na Capri. A ty?

Mimo upływu lat wciąż jeszcze mam w pamięci słowa rodziców: „nie rozmawiaj z nieznajomymi” i trudno mi nawiązać rozmowę z kimś obcym.

Jednakże równocześnie wiedziałem, że potrzebuję sojusznika na tym promie pełnym obcych ludzi. Podróżujący samotnie trzynastoletni chłopak bardzo zwraca uwagę, towarzystwo dorosłego dawało mi idealne alibi. Podszedłem do niego.

— Jestem Dani i też płynę na Capri… Oczywiście… Jak wszyscy…

Zaśmiał się oschle, w jednej tonacji. Jego śmiech mi się spodobał.

Wyciągnął do mnie rękę. Uścisnąłem ją mocno. Nie przeraziło go to i odwzajemnił mi się z jeszcze większą siłą, więc musiałem rozluźnić uścisk, aby uczynił to samo. Pod tym względem różnił się diametralnie od pana Martína.

Usiadłem obok niego. Chciałem, by wyglądało na to, że podróżuję z kimś dorosłym, aby ludzie odnosili wrażenie, iż jestem jego synem albo bratankiem. Mimo wszystko pozostawiłem jednak między nami kilka centymetrów przestrzeni.

Widziałem, że czyta książkę z anegdotami o sławnych ludziach. Z dziwnymi i osobliwymi informacjami, które odsłaniały drugie oblicze mitu.

Czytałem mu przez ramię.

— Interesuje cię to? — spytał, nie odrywając oczu od książki.

— Wydaje się ciekawe — odparłem.

Natychmiast zamknął książkę i podał mi ją.

— Masz.

— Daje mi ją pan? Już pan skończył?

— Nie, ale myślę, że tobie bardziej się przyda. Poza tym muszę iść poćwiczyć — oznajmił, wstając.

— Poćwiczyć?

— Tak… Uprawiam sport… Ty też?

Moim jedynym sportem było unikanie nieporozumień, by nie oberwać bardziej niż zwykle.

Spostrzegłem nagle, że ten człowiek ma ortopedyczną protezę. (...)



 

Od 2 do 10000 znaków

Znajdź nas na Facebooku